Czas snu

Ocena: 
0
Brak głosów

Ta chwila powinna była należeć do Schaeffera. Stał na mostku przed świecącym pulpitem sterowniczym, obserwując przez iluminator obracającą się karuzelę i gwiazdy. Dziewięć lat od wylotu z Ziemi, a statek wciąż wyglądał jak nowy. I to on nim dowodził.

Kiedy jego wzrok spoczął na pustym ekranie, zaklął. Żadnej telepatii. Brak komunikacji.

Jako inżynier nie mógł pogodzić się z tą współzależnością. To była magia, czary-mary. Pusty ekran mówił jednak sam za siebie. W odległej przestrzeni kosmicznej komunikacja była możliwa dzięki wykorzystaniu telepatów. A ich telepata nie spełniał swojego zadania.

– Ben się stara – rozległ się kobiecy głos. Należał do Jane, pierwszego oficera.

– Słabo, do jasnej cholery! – odpalił Schaeffer.

Zbliżająca się do niego w butach magnetycznych Jane rzuciła mu ostre spojrzenie. Była twardą kobietą po czterdziestce.

– Są kapryśni. Trzeba się o nich troszczyć. – W jej głosie pojawił się wyrzut.

– Już ja się o niego zatroszczę! – warknął Schaeffer. Za kogo się uważała, na litość boską? Jedna odbyta podróż kosmiczna nie robiła z niej jego zwierzchniczki.

W głębi serca jednak wiedział, że było inaczej. Jako oficer interplanetarny miał szczęście, że przyznano mu dowództwo nad statkiem kosmicznym. Może nie był z nich dwojga młodszy rangą, ale doświadczeniem już tak. A wypowiedziane przez niego na koniec słowa – „Zatroszczę się o gnoja” – nie zabrzmiały przekonująco.

***

Schaeffer nie zdecydował się na konfrontację z Benem. Poprzednim razem prawie pobił się z telepatą i to właśnie Jane go odciągnęła.

Nie, trzeba to było załatwić inaczej.

Musiał jednak znaleźć rozwiązanie. Koloniści byli niespokojni. Żadnych wiadomości z Ziemi, ani słowa od pozostawionych w domach bliskich. Nic, co mogłoby podtrzymywać iluzję człowieczeństwa w nieporuszonych ciemnościach. Rok świetlny od Ziemi, gdzie dwa lata upływały od nadania sygnału do odpowiedzi, rzeczywistość naprawdę dawała się we znaki. Telepatia stanowiła linę ratunkową, która utrzymywała ich wszystkich przy zdrowych zmysłach.

Schaeffer nie był na to przygotowany. Kilka dni po starcie razem z innymi przeszedł w stan anabiozy. Przez dziewięć lat pozostawał nieprzytomny, podczas gdy statek niepostrzeżenie mknął przez próżnię. Teraz, z powrotem na jawie, miał przez rok dowodzić statkiem kosmicznym z setką aktywnych dusz i dziewięcioma setkami śpiochów w karuzeli. Cykl miał powtórzyć się jeszcze jedenaście razy podczas ich podróży do Tau Ceti.

– Nie sądzisz, że powinieneś powiadomić ludzi o sytuacji? – To była znowu Jane, która nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się na mostku.

– I co mam powiedzieć? – Schaeffer wzruszył ramionami. – Ben wybrał się na duchową wędrówkę?

– To dość nieuprzejme, kapitanie. – Jane wydęła usta.

W blasku pulpitu sterowniczego wyglądała łagodniej, bardziej ludzko.

Zakłopotany Schaeffer wyprostował się i natychmiast stracił kontakt z podłożem. Zapomniał butów. Łapiąc się uchwytu, odpowiedział:

– Masz rację. Jak nakłonić Bena do działania?

– Nie chodzi o nakłanianie – odpowiedziała łagodnie Jane. – Nie można nikogo zmusić do bycia telepatą.

– Okej, przekonać.

– Nawet nie przekonać.

– Co zatem, na Boga? – Zniecierpliwienie spowodowało, że Schaeffer znów zaczął unosić się w próżni. Jane złapała go.

– Porozmawiajmy z nim. Potrzebuje naszego wsparcia.

***

Schaeffer z wahaniem podążył za Jane w kierunku karuzeli. Tam, poddani sile dośrodkowej, przeszli obok kapsuł śpiochów i udali się w stronę kabin. Jakaś para w korytarzu zawzięcie dyskutowała. Schaeffer zawołał ich, ale nie odwrócili się.

Przed kabiną Bena Goolagonga, telepaty, do ich uszu dobiegł rytmiczny zaśpiew. Towarzyszyły mu plaśnięcia. Brzmiało to, jakby czyjaś dłoń uderzała o blat stołu.

Jane potrząsnęła głową. Zaśpiew faktycznie osłabł i ucichł.

– Nie ma akompaniamentu – powiedziała. – Wirowanie w karuzeli też nie pomaga. Powinniśmy oddać mu mostek.

– Co takiego?

– Trudno jest mu połączyć się z jego aborygeńską bracią na Ziemi. Dajmy mu przynajmniej najlepsze miejsce, jakie mamy, to pomoże mu się skoncentrować.

Schaeffer skrzywił się.

– I co jeszcze? Może przekażemy mu dowództwo nad statkiem?

– To nie jest żart, kapitanie – powiedziała cicho Jane.

Nagle Schaeffer dostrzegł, jak niepewna jest ich sytuacja. Stalowa bańka wypełniona sprzeczającymi się kolonistami, szkieletowa załoga. Żadnego zastępczego telepaty. Obsługiwany komputerowo sanitariusz w roli lekarza. A kapitan?

Jane przyglądała mu się z troską.

Zawstydzony Schaeffer wziął się w garść.

– Ben musi być aktywny, aby utrzymać kolonistów w ryzach – powiedział powoli. – Ale koleś jest tylko ludzką anteną. Nie musimy bawić się z nim w ten cały „czas snu”.

– Owszem, musimy – odparła Jane. – On nie robi tego sam. Nie, to psychiczna energia grupy. On ją tylko przesyła jak wiązka przekaźnikowa.

Nieprzyjemne uczucie, jakiego doznał Schaeffer, musiało być widoczne na jego twarzy, gdyż Jane kontynuowała:

– Podczas mojej ostatniej podróży musieliśmy trzymać się za dłonie i śpiewać. Ktoś grał na flecie, a my śpiewaliśmy dla telepaty. Po jakimś czasie się przyzwyczajasz.

***

Jane pojawiła się ponownie dopiero pod koniec zmiany Schaeffera. Nie, nie rozmawiała z Benem. Ale wyciągnęła zza pleców zwężoną z jednej strony rurę.

– To dla ciebie – powiedziała jak gdyby nigdy nic. – Idź i poćwicz. Pozwól, że przejmę stery. – Przełączyła pulpit na swój identyfikator.

Zaskakując samego siebie, Schaeffer wziął instrument. Niepewnie krocząc w swoich butach, ruszył w stronę karuzeli. W progu obejrzał za siebie i zobaczył, że Jane stoi pochłonięta sterowaniem. Dotarło do niego, jak wątła jest siła, która prowadzi ich przez bezmiar kosmosu.

W swojej kabinie, kiedy siła ciężkości znów zaczęła na niego działać, Schaeffer usiadł na łóżku i przyjrzał się instrumentowi. Czy naprawdę sprawy zaszły tak daleko? Odłożył przedmiot. To śmieszne, nie może tego zrobić. Wówczas przypomniał sobie szczupłą sylwetkę stojącej przy pulpicie Jane. Poczuł, niemal z czułością, ciężar odpowiedzialności, jaką na siebie wzięła, opiekując się statkiem, opiekując się nim.

Podniósł rurę, wziął głęboki oddech, a następnie dmuchnął w otwór. Z głębi instrumentu wydobył się niski dźwięk. Później, kiedy Jane opuściła mostek, zobaczyła kolonistów wsłuchanych w rytm melodii wypełniającej korytarz karuzeli.

Jane uśmiechnęła się, prawdopodobnie po raz pierwszy w trakcie tego rejsu. Czas przyprowadzić Bena.

Przełożyła Aleksandra Brożek–Sala