Zima Miecia - teksty konkursowe

Ocena: 
0
Brak głosów

Biegnąc po zdrowie

 

Dzwonek u drzwi zadzwonił nieco złowieszczo - melodyjka marsza żałobnego zabrzmiała w uszach Miecia niczym proroctwo. Wampir łypnął okiem i z niezadowolona miną wygramolił się spod sterty koców i termoforów. Posłał ostatnie rozżalone spojrzenie w stronę parującego kubka grzanego wina, orzeszków i apetycznie grubej książki. Lestat musi chwilkę poczekać. W każdym razie do chwili, gdy ukatrupię upierdliwca, pomyślał Miecio, gdyż dzwonek w tej chwili wygrywał z szaleńczą prędkością kolejne melodyjki.

Przez otwarte drzwi wpadł tuman śniegu, przenikliwy wiatr i wilkołak Henio. Miecio przerażony obserwował rosnącą plamę z błota na wykładzinie. Henio otrząsnął się, wyszczerzył radośnie: – Czuję orzeszki! –  i pognał w stronę kuszącego zapachu.

–Też miło mi cię widzieć –mruknął Miecio wlokąc się za wilkołakiem. Zastał go wcinającego smakołyki.

–Więc? O co chodzi? –Miecio z trudem stłumił chęć mordu i z niechęcią wpatrzył się w gościa.

–Mam świetny pomysł! Wpadłem na niego jak zobaczyłem dzieciaki. Tak wesoło się bawiły. Pomyślałem - czemu nie? Też się nam należy! Wkładaj czapkę i szaliczek. Będziemy władcami śniegu! Zdrowi i silni!– Miecio wpatrzył się z niedowierzaniem w wilkołaka, ale nawet nie zdołał zaprotestować, gdy został owinięty w ekspresowym tempie szalikiem tłumiącym w zarodku wszelkie protesty. Nim zdołał się zorientować, został siłą wyciągnięty z cieplutkiego mieszkania na mroźny, bialutki świat. Wzdrygnął się gwałtownie. Ta biel była przerażająca. Zimny wiatr mroził krew-już i tak zimną jak lód. Przez chwilę zastanawiał się nad fizycznym aspektem lodu w żyłach, gdy z wiatrem doleciał go okrzyk.

–Bitwa na śnieżki! Juhuu! –Sekunda to niedużo, ale w przeciągu tej chwileczki Miecio zarejestrował parę ciekawych wrażeń: zaskoczenie, zgrozę i zdumienie gdy mała śnieżka poniosła go parę merów dalej. Kolejne chwile były wypełnione gwiazdami, świergocącymi słowikami oraz, nie wiedzieć czemu, dźwiękami trąb z Cwałowania Walkirii Wagnera.

–…ciu? Mieciu? Żyjesz? –Wilkołak stał nad otępiałym wampirem, miętosząc w rękach czapkę. Miecio odkaszlnął wypluwając resztki śniegu z gardła.

–Chyba jeszcze tak. –Nagle wyostrzonym wzrokiem przygwoździł Heńka.- Ty idioto! Kłów przez ciebie o mało nie straciłem! To dopiero niesamowita zabawa – głos wampira ociekał sarkazmem, ale Henio był odporny.

–No nie? To teraz może saneczki? –uśmiechnął się zachęcająco. Miecio tylko westchnął. Równie skuteczne byłoby opieranie się mocy supernowej- Heniu już pędził ze zdobytymi sankami.

–Mam! Wdrapujemy się na wzgórze i jazda. – Henio aż podskakiwał z niecierpliwości. Miecio przełknął ślinę i dyskretnie przejechał językiem po zębach. Zaczął wątpić, że dotrwają wieczora. Zrezygnowany poczłapał za popiskującym z podniecenia wilkołakiem.

Wzgórze okazało się znacznie wyższe i bardziej strome. Miecio tchu nie stracił (nie oddychał już od dawien dawna), ale pot lał się po nim strumieniem. Na górze powitał go szczerzący się Henio i choć było to nieprawdopodobne, Mieciu na ten widok spocił się jeszcze bardziej. Nie miał jednak czasu na jakąkolwiek reakcję, gdyż porwany za kark jak kociak, wylądował na saneczkach.

–Jedziesz pierwszy. Rozpędzę cię, a ty steruj. – Henio nie lubił czekać i już w tym momencie saneczki sunęły w dół. Wilkołak nie lubił także ograniczeń w prędkościach i Miecio zaczął bezskutecznie hamować nogami. Szybko poderwał je jednak do góry, uświadamiając sobie, że przy tej prędkości hamowanie stopami zakończy się połamaniem piszczeli. Z rezygnacją patrzył na zbliżający się pień sosny.

Parę minut i połowę Cwałowania Walkirii później, Mieciu ocknął się i pierwsze, co ujrzał, to ślepia wilkołaka. Heniu z niepokojem wpatrywał się w przyjaciela. Gdy jednak Miecio pomacał głowę dla pewności, Heniu odetchnął z ulgą i zerwał się natychmiast na nogi.

–Super! Nic ci się nie stało! To, co teraz?

Mieciu z niedowierzaniem pomyślał, że do dzisiejszego dnia nie wiedział, co oznacza prawdziwa zgroza. W tej chwili odczuwał ją każdym centymetrem ciała. Za jakie grzechy, ja się pytam?! -umysł Miecia krzyczał rozpaczliwie. No dobra, wiem, za jakie, ale to już za dużo! Nikt nie jest aż tak zatwardziałym grzesznikiem, by nie skruszyć się przy takiej pokucie!

            Heniu nieświadom katuszy przyjaciela, nawijał dalej:

 –Pomyślałem, że to były aktywne zabawy. Może teraz coś spokojniejszego? Jakby tak ulepić bałwana?

            W tym momencie umysł Miecia ruszył pełną parą. Węgielki zastępujące oczy bałwana rozpalą się wielkim płomieniem trawiąc przy okazji biednego wampira. Marchewka w wyobraźni zmieniła się w przerażający kołek. Gałęzie przyjęły postać krzyża. Bałwan wykrzywił się, a każdy z pojedynczych zębów był śmiercionośnym ząbkiem czosnku.

–…widziałem gałązki. Marchewki nie mamy, ale jakieś drewienko zastąpi nochal. Co myślisz, Mieciu? Mie.. Mieciu? Gdzie biegniesz!?–Zdumiony Heniu spoglądał za kulejącą sylwetką, która oddalała się galopem. Z pobliskiej filharmonii dobiegły odgłosy próby przed koncertem. W tle rozbrzmiewało Cwałowanie walkirii.

 

*     *     *     *     *     *     *     *     *     *


Cum assistentia       

 

Z wahaniem otworzył najpierw jedno, potem drugie oko. Ciemność. Czyli cały czas jest w znalezionej przezeń trumnie. Jeszcze nikt go nie odnalazł, nie przebił kołkiem podczas snu, nikt nie zakłócił jego marnej egzystencji.

   Miecio, zrzucając z szyi rękę sztywniaka, poruszył głową. Aż jęknął, gdy skóra na zdrętwiałej szyi naciągnęła się boleśnie.

   Kilka razy zginał i rozginał palce u stóp i rąk. Sapał ciężko, próbując ruszyć całą nogą, zgiąć rękę, czy chociażby przewrócić się na bok.

   - Posuń się, człowieku! – Krzyknął, popychając ramieniem nieboszczyka leżącego obok. Ten jedynie zadrżał i uderzył w bok trumny, która wydała z siebie głuchy dźwięk.

   Miecio powoli zaczynał odzyskiwać dawaną sprawność w dłoniach. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z jednej z jego kieszeni szklany flakonik. Odkorkował, przystawił do ust i przechylił, tak, aby zawartość wylała mu się do ust. Jednakże nic, co mogłoby się określić mianem treści małej menzurki, akurat się tam nie znajdowało. Chyba, że zakrzepnięte zalegało na spodzie, czego Wampir, we wszechobecnej ciemności, nie mógł sprawdzić.

   Powoli, wykonując oszczędne ruchy, na jakie pozwalała mu mała trumna i milczący sublokator, obszukał dokładnie wszelkie kieszenie, w jakie wyposażone było jego odzienie. Nie znalazł nic użytecznego, poza urwanym guzikiem i zardzewiałym gwoździem, który znalazł się tam w bardzo tajemniczy sposób.

   Głodny, jęknął cicho. Zgiął rękę, tworząc kąt dziewięćdziesięciu stopni; i przystawił do wieka trumny rozłożoną dłoń. Pchnął lekko, tak, aby uchyliło się nieznacznie. Musiał sprawdzić, co dzieję się na zewnątrz. Jednakże nic się nie stało. Wieko ani drgnęło, nawet, gdy Miecio napierał nań z całej siły. Po dłuższych zmaganiach zaczął w nią kopać, przy czym obił sobie skostniałe palce. Wpadł na genialny pomysł. Złapał za tułów leżącego obok sztywniaka i głową zaczął uderzać w wieko. W akacie desperacji sam zaczął dudnić swym czerepem, lecz nic z tego nie wychodziło.

   O mało nie łamiąc kości umarlaka, próbował rozbić wieko. To jedynie wydawało z siebie głuchy odgłos, lecz nie poderwało się do góry ani o centymetr. Po dość długim czasie, spocony na całym ciele, zrezygnował.

   Oparł głowę na torsie obok leżącego i ciężko oddychał. Dopiero, gdy ochłonął, gdy ciepłe powietrze uleciało z trumny, poczuł on przeraźliwy chód, który zdawał się powoli ścinać krew w żyłach.

   Miecio zamyślił się. Oczami wyobraźni przeanalizował wydarzenia ostatnich dni: mały, kamienny kościołek (Miecio nie bał się kościołów), trumna z odkrytym wiekiem, w środku ubrany na czarno mężczyzna. Chłód, a po chwili ciepło czerwonego obicia trumny. Ręka umarłego robiąca za szalik. Ciało zdawało się być jeszcze ciepłe.

   Trzask wieka, ciemność. Sen. Kojąca błogość. Sielanka, której nie zaznał od dłuższego już czasu. Pobudka, no i to…

   Ponownie oczami wyobraźni zobaczył jak starsza pani, ubrana w niebieski fartuszek, przytaskała do kościółka wiadro z wodą i powoli wycierała wieko trumny tak, aby woda dotarła w najmniejsze zakątki i wyczyściła je. Nadeszła noc, mróz ścisnął i wszystko zamarzło.

   - I przez nią zostanę tu na zawsze! – wrzasnął, powoli wpadając w szał.

    Miecio zerknął w bok, chcąc spojrzeć na trupa. Niestety, zbyt ciemni, aby ten mógł cokolwiek zobaczyć, a i tak wątpliwe było, aby sztywniak mógł mu pomóc.

     - Mamo? – Zawołał Miecio. – Mamusiu!

   Nikt mu nie odpowiedział. Jednakże coś się poruszyło, uderzyło głową w wieko, po czym zaklęło siarczyście.

   - Gdzie ja jestem? – Spytał prawowity właściciel wnętrza trumny. – Co się stało?

   Miecio ponownie spróbował na niego spojrzeć. Ciemność. Powstrzymywał się, aby nie wybuchnąć śmiechem. Pan Śmiech Przez Łzy powoli próbował się z niego wydostać.

   - Ktoś tu jest? – Żywy trup namacał jego rękę i wrzasnął przeraźliwie.

   Wampir nie zdołał się powstrzymać. Ryknął tak donośnym śmiechem, że trumna zdawał się drżeć. Po chwili jednak się opanował. Przecież był takiej samej sytuacji jak… Jak ten obok. Jego śmiech nagle przerodził się w przeraźliwe łkanie.

 

*     *     *     *     *     *     *     *     *     *


Mieć cień

 

Miecio był zły. Głodny i zmarznięty też, ale przede wszystkim zły. Bo jak tu się nie zdenerwować, kiedy autobus, który najpierw uparcie nie chciał przyjechać, nagle obryzguje cię brudną wodą z kałuży i pozostawia na popękanym chodniku w chmurze śmierdzących spalin?

I ta zima. Miecio co roku szczerze złorzeczył i klął na śnieżne zaspy, nieprzejezdne drogi pełne szarej brei, lód na chodniku, który nigdy nie widział piasku, zimny wiatr muskający kark i nos, śnieżki, które atakowały go znienacka... Ogólnie na zimę, jako taką. Ale to, co działo się teraz było przegięciem. Niby ciepło, a zimno. Ani grama śniegu, a jeśli już coś padało, to były to jakieś popłuczyny po porządnym deszczu. Czy śnieżycy. A on, Miecio, dumny wampir z jeszcze dumniejszym brzuszkiem, domagał się swojego naturalnego prawa do narzekania na zimę. Tę właściwą.

A żeby nieszczęść nie było za mało, to przyczepił się do niego cień. Miecio miał już jeden, swój prywatny i nie życzył sobie kolejnego, obcego i w dodatku nieoddającego jego fizyczności. Ten był wyższy, szczuplejszy i ogólnie nie mieciowaty.

- Przepraszam najmocniej, ale chyba ma pan coś, co należy do mnie.

Zdanie to było wypowiedziane niskim głosem, z lekką nieprzyjemną chrypką, powoli, jakby autor starał się być uprzejmy, choć wcale nie miał na to ochoty. Albo nie leżało to w jego naturze, jak pomyślał Miecio, gdy się odwrócił. Przed nim stał wysoki facet dobiegający trzydziestki. Długie czarne włosy swobodnie opadały na plecy i otaczały bladą twarz o ostrych rysach. Ciemne, głęboko osadzone oczy patrzyły przed siebie ponuro i chłodno. Gdyby nie pewna aura, którą wokół siebie roztaczał, Miecio wziąłby go jedynie za przedstawiciela subkultury lubującej się w czarnych ubraniach i ciężkim jazgocie, który uparcie nazywali muzyką. Ale jako wampir, Miecio potrafił bezbłędnie odczytywać pewne informacje. Jak na przykład to, że mężczyzna, który go zaczepił był nekromantą.

- Przepraszam?

- Ma pan coś, co należy do mnie - powtórzył tamten z nutą niecierpliwości, zerkając wymownie na drugi cień Miecia.

Wampir miał ochotę odetchnąć z ulgą, że to tylko o to chodzi, ale nie był pewien, czy to się zaliczało do kategorii "tylko". 

- Miecio jestem. Mieczysław znaczy, ale tak tylko na mnie szef i teściowa mówią, rozumie więc pan, że nie przepadam - powiedział, starając się uśmiechać przyjaźnie, co chyba nie do końca mu wyszło. Pożółkłe nieco kły utrudniały wiele spraw.

- Kruk - powiedział nekromanta krótko. - To jak, oddasz po dobroci?

Miecia zmartwiła jakaś niewypowiedziana groźba w tonie Kruka. Z drugiej strony mężczyzna był nekromantą, a z tego, co Miecio wiedział, a lubił uważać, że wie całkiem sporo, tacy jak on po prostu powinni w jakiś sposób budzić niepokój. Nawet w niebijącym sercu wampira. Dlatego zapewnił.

- Po jak największej dobroci. Tylko nie wiem jak.

- To po co zabrałeś?

- Niczego nie zabierałem. Sam się przypałętał! Trzeba było bardziej pilnować.

Przez chwilę stali w milczeniu. Kruk, wysoki, z peleryną czarnych włosów, niewątpliwie silny nekromanta i on, niski wampir z brzuszkiem i postępującą łysiną. Ciszę przerwał autobus, który wzorem swego poprzednika ochlapał tak Miecia, jak i Kruka. Wampir westchnął ciężko nie mając już siły się złościć. Nekromanta zaklął. Za ich obydwu.

- Może zastanowimy się nad tym problemem przy szklance herbaty? - zaproponował Miecio, ku własnemu zdziwieniu.

- Mam nadzieję, że masz na myśli taką, która się pali.

 

***

 

Siedzieli w ciasnej kuchni, każdy nad swoją szklanką. Miecio z parującą herbatką z melisą, Kruk nad płynem, który herbatę przypominał tylko kolorem.

- Myślałem, że wampiry seplenią przez te kły - mruknął Kruk biorąc łyk.

- To znany stereotyp. Raz ktoś spotkał sepleniącego wampira i poszło w świat, że każdy z nas nie umie normalnie zdania wymówić. - Miecio wzruszył ramionami. Poprawnie zareagował tylko jego cień. Ten należący do nekromanty siedział nieruchomo.

- Może to by tak odciąć i przyszyć do ciebie, co? - zaproponował nagle Miecio, nie odrywając wzroku od podłogi.

Kruk uniósł brew w geście powątpiewania.

- A skąd do głowy przyszedł ci tak absurdalny, żeby nie powiedzieć pojebany, pomysł?

- A, czytałem kiedyś taką jedną bajkę - zmieszał się Miecio.

W końcu był wampirem. A wampirom nie przystawało czytanie bajek. Tak słyszał.

Kruk wychylił szklaneczkę do końca.

- No to gdzie trzymasz nożyczki?

***

Brzmiało jak darcie materiału i powodowało nieprzyjemne ciarki, ale udało się - cień wrócił do swojego właściciela. Miecio sam w to nie wierzył. Kruk też wyglądał na zaskoczonego, ale jako profesjonalny nekromanta nie dawał tego po sobie poznać.

Pożegnali się krótko, jeden drugiemu życząc, by więcej się nie spotkali.

Miecio klapnął na fotel, spojrzał przez okno i uśmiechnął się.

Za oknem wreszcie zaczął padać śnieg. Porządny, biały puch. Nareszcie będzie można ponarzekać na zimę.

 

*     *     *     *     *     *     *     *     *     *


         Mieć okazję

 

Onegdaj śnieg pokrywał ulice i budynki jak coś białego, co zaraz zmieni się w brudne błoto.

 

Tak było ze śniegiem zazwyczaj, choćby zeszłej zimy. Jednak nie teraz. Rok 2012 sprezentował wszystkim narciarzom zimę bez śniegu.

 

Obecna ciepła zima była jak najbardziej na rękę Mieciowi. Krew nie krzepła tak szybko jak w niższych temperaturach, więc gdy już się dopadło ofiarę, nie trzeba było się śpieszyć. Jeden z jego nielicznych przyjaciół, Alfred także chwalił sobie ciepłą zimę. Ziemia była wciąż miękka i łatwiej było wykopać dół pod nieboszczyka.

 

Mieczysław wampir oraz Alfred grabarz stanowili dobraną parę. Obaj mieli swoje nałogi, z którymi walczyli. Grabarz usiłował wyrzec się wódki, Mieczysław zaś krwi.

 

Alfred był mocno sentymentalny i właśnie popadł w głęboką melancholię, związaną z kolejnym zakopywanym klientem.

- Być, albo nie być, oto jest pytanie! - zadawał głupie pytania popijając piwo z puszki. Otwieranie tego napoju kojarzyło mu się z łamaniem kręgosłupa. Mieczysław nie miał takich skojarzeń.

- Nie pytaj Alf, bo ktoś ci odpowie...

Obaj byli silnie niewierzący. Zapał religijny mocno jednoczył w swym braku.

 

***

 

Poznali się w bloku mieszkalnym na Ursynowie. Grabarz mieszkał na tym samym piętrze co Miecio.

 

Wizytówka na drzwiach wampira głosiła: "Mieczysław i Eleonora Wiąckowie". Jakkolwiek pan Wiącek nie był dumny ze swego fałszywego nazwiska, jednak imię małżonki dawało satysfakcję. Choć wiedział, że imię nie czyni wampirem, miał jednak podejrzenia, że odpowiednio nazwana małżonka zwiększa prestiż.

 

Ostatnio problemem stał się dzieciak sąsiadki. Czule zwany Rysiem. Gnojek naoglądał się filmów, w tym "Zmierzchu", i miał skrzywienie na punkcie wampirów. Jakimś cudem odkrył, że Miecio jest nieumarłym. Od tej pory nasz bohater musiał pogodzić się z tym, że ma partnera. Byli jak Batman i Robin! Wampir nosił pelerynę, Rysio zaś nosił za nim zakupy.

 

Gnojek się przydawał!

 

Wszystkie te dziwaczne perypetie spowodowały, że Miecio postanowił zacząć zwalczać przestępczość. Wiadomo, kilka filmów amerykańskich i człowiek głupieje. On z Rysiem dadzą w kość podejrzanemu o handel pochodzącymi z kłusownictwa rybami!

 

Zasadzili się na targu rybnym. Gdy już byli bliscy rozwiązania sprawy i Miecio zwrócił się do jednego z handlarzy z sakramentalnym: "Ej, ty z rybą!", kłusownicy dali im bezwzględnie po ryju. Wampir wyszedł z tego po prostu posiniaczony.

Rysio zaś stracił dwa zęby.

 

***

 

Teraz, Mieczysław wraz z Alfredem stali nad cudzym grobem. Fakt, że grób należał do kogoś nieznajomego napełniał optymizmem.

 

- Zamierzasz to kontynuować Mieciu? - zapytał Alfred spychając drobinki ziemi w stronę wykopu.

- Nie no, co tu kontynuować?

- Kontynuować współpracę z Rysiem? Jesteście jak Batman i Robin...

Wampir nieomalże wybuchł!

- Na miłość boską, Alfred! Nie możemy stać się obojętni! Przestępstwo to przestępstwo!

- A ryba to ryba...

- No racja, z tymi rybami nie wyszło - Miecio się zamyślił.

 

Grabarz dokończył zakopywanie i kilkoma ruchami łopaty wyrównał nagrobek.

 

- Jak to sobie wyobrażasz? Wiesz przecież, że twój "partner" jest nieletni. Narobisz sobie kłopotów.

- Jak mogę spać spokojnie skoro przestępcy rządzą światem!?

- Dobrze. Sugeruję coś z mojej branży: przyjrzyj się hienom cmentarnym. Kradną kwiaty z grobów i bezczeszczą miejsce pochówku.

 

Mieczysław zamilkł i dla towarzystwa wypił jeszcze jedno piwo. Po chwili zostawił grabarza samego. Alfred dokończył puszkę. Puszki kojarzyły mu się sympatycznie, z urnami.

 

***

 

Następnego wieczora wampir ukrył się wśród grobów. Potrafił być nieomal niewidzialny gdy chciał. Nasłuchiwał czujnie. Jego nietoperzy słuch pozwalał zorientować się w pełnej mroku przestrzeni. Nagle usłyszał kogoś zbliżającego się do świeżego grobu. Postać zaczęła rozkopywać niedawno poruszoną ziemię. Mieczysław nadstawił uszu jeszcze bardziej i z dużym wysiłkiem spojrzał w podczerwieni. Nadprzyrodzone zmysły pozwoliły rozpoznać sprawcę.

- Co tu robisz Rysiu!? - zapytał stanowczo.

- Ja? Nic!

Oczywiste było, że młody Ryszard jest hieną cmentarną i stara się dostać do kosztowności pochowanych z nieboszczykiem.

- Jak możesz Rysiu? Powinienem wypatroszyć cię na miejscu!

Dzieciak skulił się, ukrywając częściowo za nagrobkiem.

 

W tym momencie szpadel został wbity w ziemię i na jego rękojeści, niczym na starożytnym mieczu, oparł się Alfred.

-Zabij go Mieczysławie, grzech, który popełnił kwalifikuje się do śmiertelnych.

 

Niewiele myśląc wampir wyszczerzył kły i dopadł młodego miłośnika "Zmierzchu".

- Ale, Mieciu... byliśmy jak Batman i Robin...

- Nie znoszę tego komiksu - wyjaśnił Mieczysław. Połą peleryny zasłonił Rysia i wypił z niego krew do cna. Suche truchło porzucił. Lekko dyszał, tak łapczywie pił przed chwilą!

 

- To ja gnojka zakopię gdzieś pod płotem! - Zadeklarował Alfred. Gdy to już robił, rzucił do przyjaciela cyniczny komentarz:

- Dobrze ci to Mieciu zrobiło, ostatnio wyglądałeś na sfrustrowanego.

 

"Tak! - myślał wampir. - Każda okazja jest dobra, by się napić!"

 

*     *     *     *     *     *     *     *     *     *


Nie zadzieraj z fryzjerem

 

Wampir Mieć z niecierpliwością oczekiwał listonosza.

A w zasadzie listonoszki. Apetycznej osóbki, którą ostatnio widywał na osiedlu. I niestety tylko tam, ponieważ ślicznotka perfidnie omijała wampirze lokum. Mieczysław z pewnym opóźnieniem skojarzył, że może mieć to związek z niedawną instalacją Internetu i – jakże pochopnym! – ograniczeniem tradycyjnej korespondencji.

Dlatego w ubiegłym tygodniu pofatygował się na pocztę, by własnoręcznie nadać polecony. Teraz gratulował sobie sprytu i wyczucia czasu. Ogarnięta przedświątecznym szałem Malwina całymi dniami biegała po sklepach, więc moment na pozamałżeńskie tête-à-tête był wprost idealny…

Ding, dong! – kusząco zaśpiewał dzwonek.

Mieć poprawił pelerynkę, otworzył drzwi…

I natychmiast tego pożałował.

Na progu stał Bogusław Linda. A raczej jego młodsza, szersza i zarośnięta kopia. Facet wyglądał, jakby właśnie zsiadł z motoru. W dodatku śmierdział psem.

– W czym mogę pomóc, panie władzo? – zaczął Mieć, nieudolnie ukrywając rozczarowanie. Oraz kły.

– Nie zaprosisz mnie do środka, pijawko? – Mięśniak zdjął Ray-Bany i błysnął parą żółtych ślepi.

Mieć aż się wzdrygnął. To, że wampiry i wilkołaki nie darzą się sympatią wiadomo było od wieków… No, jeśli nie od wieków, to przynajmniej od premiery drugiej części „Zmierzchu”.

– Nazywam się Mieczysław – odparł z godnością. – Dla przyjaciół Miecio – dodał już nieco mniej godnie.

Wilkołak zmarszczył brwi. Po czym parsknął śmiechem.

– Zbigniew. Dla przyjaciół Ziggi. Znany też jako Poranny Skowyt.

– To indiański przydomek? – spytał Mieć, uwalniając dłoń z żelaznego uścisku.

– Nie. Na jednej imprezie za bardzo wymieszałem. A rano… pewnie się domyślasz. I tak jakoś przylgło.

Ziggi rozsiadł się na wysłużonej kanapie.

– Słuchaj, Mietek, mam sprawę. I jest to sprawa niecierpiąca zwłoki. Wiesz, co to znaczy?

– Co?

– Że jak się nie spiszesz, twoje zwłoki będą cierpieć.

Mieć zaczynał podejrzewać, że groźby i wyzwiska są integralną częścią image Zbigniewa.

– Jutro do twojego zakładu fryzjerskiego przyjdzie kobieta… – zaczął twardziel, wyjmując paczkę Marlboro. – Mogę? Ty chyba nie musisz się obawiać biernego palenia.

– Żona nie lubi dymu.

– Jesteśmy pod pantoflem, co? – wilkołak skrzywił się pogardliwie. – Na czym to ja skończyłem?

– Na kobiecie.

– Czasem na, czasem pod... Nieważne. Lala, co jutro do ciebie przyjdzie ma na imię Mariola. Dla przyjaciół Mariolka… Po zejściu z fotela ma wyglądać tak, że pies z kulawą nogą na nią nie spojrzy. Capish?

– Chyba ty! – Mieć odpowiedział ripostą, podchwyconą na portalu społecznościowym. Jednak Internet czasem się przydawał.

– Nie cwaniakuj – mruknął Zbigniew. – Pijawkę niby ciężko ubić. Ale tak się składa, że ja mam papiery na obsługę prasy hydraulicznej, wiertarko-frezarki i…

Mieć profilaktycznie wyłączył wyobraźnię i ze stoickim spokojem wysłuchał kolejnej tyrady gróźb oraz szczegółowej charakterystyki strategicznej klientki.

*

Następnego dnia do salonu weszła dziunia… znaczy Mariolka – poprawił się w myślach Mieć. Wszystko miała na swoim miejscu. Dokładnie tak, jak opisał Zbigniew, który niedobór słownictwa uzupełnił szeroką gamą sugestywnych gestów.

Mimo tlenionych włosów i sztucznej opalenizny panienka prezentowała się bardzo smakowicie. Tylko obcisły podkoszulek z napisem „I love Wicca” budził jakieś niemiłe skojarzenia.

W dodatku całkowicie uzasadnione.

– Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! – krzyknęła Mariola na widok śliniącego się fryzjera.

– O, wypraszam sobie, droga pani. Myję się dwa razy dziennie. Inaczej żona by mi nie…

Więcej powiedzieć nie zdążył. Z otipsowanych palców wystrzeliły świetliste promienie, które skutecznie skrępowały Mieciowe ciało. Wampir pomyślał, że w innych okolicznościach byłoby to całkiem przyjemne doświadczenie.

– Jesteś kumplem Zbigniewa, co? Nie próbuj zaprzeczać! – prychnęła wiedźma. – Nie wierzę! Ten impotent nasłał na mnie krwiożerczego potwora!...

– Ale ja miałem tylko panią ostrzyc! – zawołał nieco urażony Mieć.

Mariolka nadal patrzyła na niego podejrzliwie, ale wyraźnie się uspokoiła.

– Domyślam się, że nie byłaby to piękna fryzura.

– Nie – przyznał. – O co tu właściwie chodzi?

– Ja i ten dupek byliśmy parą. Ale on nie potrafił utrzymać zaganiacza w portkach, tylko wywijał nim na prawo i lewo. Dlatego rzuciłam i Zbycha… i zaklęcie, które ograniczyło jego możliwości.

– Oj…

– Właśnie: oj. Jeśli nie chcesz, by spotkał cię podobny los, pójdziesz ze mną i zrobisz, co każę.

I tym razem Mieć wolał nie polemizować

*

Trel dzwonka zburzył błogą, wieczorną ciszę.

– Ja otworzę – powiedziała Malwina.

Mieć nie protestował. Jakoś nie miał ochoty na zawieranie nowych znajomości. Poza tym był zajęty czyszczeniem swojej najlepszej golarki.

– Dzień dobry. – Z przedpokoju dobiegł kobiecy głos. – Polecony do męża. Proszę pokwitować… A przy okazji. Czy nie zginął państwu piesek?

– Nie. Ijonek jest w domu. Dlaczego pani pyta?

– Po okolicy błąka się jakiś zmarznięty biedaczek i strasznie skomli. To chyba chart.

– Dziwne. Nikt w sąsiedztwie nie ma charta…

Mieć uśmiechnął się, wydłubując z maszynki resztki wilczej sierści.