Prometeusz

Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

Poranek zapowiadał się jak zwykle. Od samego świtu robota, ciężka i w zasadzie nikomu niepotrzebna, ale po tylu latach, kto by tam narzekał. Póki co jednak, korzystałem z życia, czekając na pierwsze promienie słońca. Wódeczka na dobry początek dnia, coś do przegryzienia i ciekawe towarzystwo.

Zabawny gość. Poprosiłem go o ogień, a on od razu wyskoczył ze wspominkami. Ten typ faceta, co ma zawsze duszę na ramieniu. No to zamieniłem się w słuch, lubię takie opowieści. A tym razem trafił się prawdziwy rarytas. Zwali go Prometeusz. Tak, wiem, mi też się coś nie zgadzało.

Z zaciekawieniem słuchałem jego historii. Prometeusz pił na umór, do oporu, dzień w dzień. Jednak nie dlatego, aby zapić smutki, choć przyznaję, miał do nich powody. Przede wszystkim chciał sobie zniszczyć wątrobę. Na pozór idiotyzm, ale w jego rozumowaniu mimo wszystko tkwił przewrotny sens.

A było to tak. Przez lata żył niemal jak Bóg, póki nie zadarł z kimś sytuowanym zbyt wysoko, jak na własne możliwości. Wiadomo, każdy za młodu popełnia błędy. Ja rozumiałem to doskonale. Od tamtej pory, codziennie o świcie potężny sęp wyjadał mu wątrobę, która następnie szybko odrastała. Siłą rzeczy miał tylko dzień na to, aby ją doszczętnie zniszczyć. Może wtedy wredny ptak da mu w końcu spokój.

Przyglądałem się długo swojemu rozmówcy, próbując wyrobić sobie o nim konkretną opinię. Facet sam wyglądał mi na sępa - wiadomo, wódka od zawsze przyciągała takich ludzi. Tyle, że skądś kojarzyłem tę opowieść. W końcu w głowie zaczęło mi coś świtać.

- Panie, ale to ptaszysko to chyba Herakles ubił?

- No niby ubił, a niby nie. Wie pan, jak to jest, z tymi bohaterami. Więcej o nich gadają, niż są warci.

Już miałem mu wygarnąć, że to się kupy nie trzyma, bo przecież miał być przywiązany do skał Kaukazu. Moją uwagę odwrócił jednak skrzydlaty kształt, wyłaniający się spomiędzy drzew.

Mówi się, że słońce wschodzi krwawo. Dla mojego nowego przyjaciela miało to znaczenie dosłowne. Jego wrzask, gdy sęp rozrywał mu wnętrzności, był nie do zniesienia. Z obrzydzeniem odrzuciłem w krzaki kawałek kiełbasy, która służyła mi za zagrychę. Gdy przedstawienie dobiegło końca, poklepałem Prometeusza po ramieniu i podałem butelkę. Od tej pory nic mnie już nie dziwiło.

Zawsze miałem nietypową słabość do poszkodowanych przez los. Może dlatego, że sam do nich należę? Umówiliśmy się, że obaj będziemy dzisiaj pić do upadłego.

Niech mi tylko pomoże w końcu wtoczyć ten głaz na samą górę...