Siódma zero trzy

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

W metrze śmierdzi.

Jest to z pewnością stała cecha wszystkich kolejek podziemnych wszechświata: odór spoconych ciał, gdy na zewnątrz jest gorąco, i schnących ubrań zimą oraz jesienią. Do tego dochodzi swąd przypalanych na zakrętach szyn i nieświeży oddech bebechów miasta. Nienawidzę tego.

Nienawidzę też ludzi. Chociaż może to nieco zbyt mocne słowo. Jeszcze mnie posądzą o jakiś faszyzm czy inny ekstremizm aspołeczny. Ja po prostu ludzi nie lubię. Sam fakt, że ja jestem człowiekiem jakoś szczególnie mi nie przeszkadza. Problemem są inni, schowani za maskami nieruchomych twarzy, wszyscy tacy sami, zatopieni w papierze, ekranach ciekłokrystalicznych, pozornie obojętni. Egocentryczny konformizm, tak to nazywam. Jest to prawo rządzące współczesną cywilizacją.

Tamtego dnia wsiadłem na mojej stacji jak zwykle punktualnie, o siódmej zero trzy. Wsiadłem z przodu wagonu, jak zawsze. Zrobiłem krok przez zdradziecką szparę pomiędzy peronem a podłogą wagonu. Drzwi zasunęły się za mną.

Była tam.

Już trzeci dzień wkraczałem w podziemny smród z nadzieją, przepełniającą mnie jak jakiś idiotyczny nadęty balon. Światła nadjeżdżającego pociągu rozpędzały co rano moje serce do szaleńczego tempa, w gardle rosła dziwna gula , a poniżej brzucha coś drżało przyjemnie . Gdy rozsuwały się przede mną drzwi wagonu, czułem się jak grzesznik, wpuszczony do raju przez jakiegoś idiotę z brodą. Wchodziłem z nadzieją, że znów ją zobaczę. Albo może z radosną pewnością, że ona tam będzie? Nie wiem.

 Siedziała tam, gdzie zwykle, na trzecim miejscu na prawo od drzwi, tych które się nie otwierają. Musiała rozpoczynać podróż na początku linii. Inaczej nie zdobyłaby tak dobrego miejsca za każdym razem. Ja wsiadałem na trzeciej stacji i zawsze musiałem stać. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, mojego zaułka raczej nikt nie zajmował, więc nie miałem na co narzekać.

Nie była piękna, a na pewno nie oszałamiająca, zwalająca z nóg, wywlekająca męskie języki na nieogolone brody. Nic z tych rzeczy. Brzydka chyba też nie była, chociaż nie jestem pewien. Co do kobiet nigdy nie byłem niczego pewien. A przynajmniej aż do tamtego poranka trzy dni wcześniej, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz. Wysiadłem wtedy z metra na mojej stacji, ona pojechała dalej. A ja już wiedziałem: nie przeżyję żadnego dnia, jeśli jej nie zobaczę o godzinie siódmej zero trzy. Żadnego.

Nosiła zawsze tę samą sukienkę, czerwoną od pasa w górę, czarną poniżej, na krótkich rękawach odsłaniających nienaturalnie wręcz białe ramiona, jakby wykonane z najcieńszego, najgładszego gipsu. Spod falbaniastego zakończenia materiału wystawały kolana, na których spoczywały jej dłonie o paznokciach czerwonych jak krew z rozciętej żyły. Cała droga do mojej stacji upływała mi na obserwacji jej gęstych, falujących włosów, czarnych jak pióra na skrzydłach kruka. Mógłbym godzinami patrzeć jak pojedyncze włosy tańczą na wyziewach wnętrzności miasta, wpadających do wagonu przez szpary w drzwiach. Nigdy nie widziałem jej twarzy, za wyjątkiem drobnego, nieco wystającego podbródka. Reszta była zawsze zasłonięta kurtyną włosów. Nigdy nie podniosła na mnie wzroku. Nigdy nie spojrzała również na nikogo innego. Po prostu siedziała tam, czarny anioł w szacie z rubinowej krwi, nieruchoma jak pomnik, niewzruszona wobec smrodu metra.

Nazwałem ją Alicja.

Wysiadłem wtedy na mojej stacji. Jak każdego dnia wysiadłem. Stchórzyłem, zrejterowałem, dałem dyla. Nie podszedłem do niej, nie odezwałem się słowem. Nie wiem, może bałem się? No, na pewno się bałem. Jestem przecież tchórzem. To oczywiste. Ona kiedyś nie wsiądzie i  będzie za późno. Co wtedy zrobię? Będę sobie wyrzucać tchórzostwo? Nie…

Wtedy się zabiję.

– Powinieneś za nią jechać do końca – odezwał się głos za moimi plecami.

Otrząsnąłem się i obejrzałem gwałtownie przez ramię, gotów do obrony, ale na wysokości wzroku nikogo nie zauważyłem. Wszyscy z mojego pociągu wypłynęli już na powierzchnię. Nowi ludzi powoli zapełniali peron, jednak nikt do mnie nie mówił, nikt nawet na mnie nie patrzył.

– Uwierz mi, wiem co mówię – powtórzył głos.

Instynktownie pobiegłem wzrokiem w dół, do źródła dźwięku. Z gardła wydobył mi się idiotyczny jęk. Na peronie siedział niewielki, chudy kotek. Był cały biały, z różowym noskiem. Czerwone oczka wwiercały we mnie przenikliwe spojrzenie.

– Słyszysz, co do ciebie mówię? – zapytał wyraźnie poirytowany.

– Mówisz po polsku? – odparłem pytaniem.

– Staram się.

– Ale… – jęknąłem. – Ale jak to możliwe, że ty mówisz?

– A jak to możliwe, że ty mnie rozumiesz? – zapytał, przekrzywiając łebek.

– Eeee…

– Dobra, nie jęcz – powiedział kot. – Mówię ci: jedź za nią do końca. Wiem, co mówię.

Nadjechał pociąg. Tłum ruszył. Ktoś potrącił mnie łokciem. Obejrzałem się z nagłą złością, ale napotkałem tylko plecy tłumu. Spojrzałem ponownie na kota, ale jego już tam nie było. Wyszedłem na powierzchnię. Przed oczami miałem jej włosy, a w uszach głos kota powtarzał w kółko: jedź za nią do końca.

Następnego dnia stałem na peronie mojej stacji już o szóstej pięćdziesiąt dziewięć. Siódma zero trzy nadjechał pociąg, a ja nie mogłem oddychać. A co jak jej nie będzie? Co wtedy?

– Wtedy się zabijesz – podpowiadał jakiś głosik z tyłu głowy. – Przecież już to ustaliliśmy.

Ta myśl uspokoiła mnie nieco i wsiadłem do wagonu. Alicja siedziała tam, gdzie zwykle. Poczułem ulgę i radość. Nie ruszyłem się jednak z mojego zaułka. Podziwiałem jej włosy.

Gdy pociąg dotarł do mojej stacji, przeszedł mnie dreszcz. Sygnał zapikał i pociąg ruszył. Do końca linii pozostały dwie stacje.

W wagonie było coraz mniej ludzi. Alicja siedziała wciąż nieruchomo, aż pociąg zatrzymał się i spiker oznajmił koniec trasy. Pozostali pasażerowie wyszli. Alicja siedziała. Nie mogłem oddychać. Dłonie miałem całe mokre. Czułem jak krew wali mi w uszy, napiera falami na bębenki jakby chciała się przez nie wydostać na zewnątrz i zalać całe to cuchnące metro. Słona kropla potu skapnęła mi zdradziecko do oka. Świat się rozmazał. Poderwałem dłoń, żeby przetrzeć oko. Zamrugałem dwukrotnie. Poczułem, że pociąg ruszył.

Świat wrócił do mnie na moment. Zobaczyłem jej uśmiech, jej twarz. Ujrzałem jej oczy, głębokie spojrzenie przepełnione wdzięcznością, miękkie niczym lazurowe wody tropikalnej plaży, rozświetlone nadzieją jak szafir na zaręczynowym pierścionku. Kuliłem się w sobie tłamszony tym spojrzeniem, którego nigdy nie zapomnę. Alicja wyciągnęła dłoń i świat składał się tylko z jej oczu i dotyku. Ciepła, miękka dłoń spoczęła na moim policzku, spłynęła na ramię. Przymknąłem oczy, chłonąc jej ciepło, a potem rozwarłem powieki.

Byłem sam.