Zeszyt w czerwonej oprawie

Ocena: 
0
Brak głosów

Wreszcie na miejscu – westchnął Marcin i z zadowoleniem wciągnął głęboko do płuc powietrze przesycone zapachem sosnowego igliwia. Przeciągnął się jeszcze, spoglądając na lekko pomarszczoną taflę jeziora, i wyciągnął z bagażnika dwie wypchane do granic możliwości torby podróżne.

Aśka musiała skończyć projekt, nad którym pracowała od pół roku, dzieciakom został jeszcze tydzień nauki, więc Marcin postanowił, że przyjedzie tutaj sam i wszystko przygotuje.

Miejsce wydawało się niemalże bajkowe i idealne na rodzinny wypoczynek. Wymarzony letni dom nad jeziorem, który kupili po okazyjnej cenie. Poprzednia właścicielka podobno utonęła podczas nocnej kąpieli, ale dom był tak ładny i przytulny, że nic nie było w stanie ich zniechęcić do jego kupna. Wystarczyło tylko zrobić tu porządek, usunąć stare rupiecie i nieco odświeżyć.

 Popołudnie spędził upychając do foliowych worków niepotrzebne drobiazgi i wyszczerbione naczynia. Pozbył się starych obrazów, na których jelenie dumnie prezentowały swe poroża na tle zachodzącego słońca. Zwinął przeżarte przez mole dywany i porąbał na kawałki rozlatujące się krzesła.

Było już dość późno, kiedy wreszcie udało mu się zaprowadzić jako taki porządek. Rozejrzał się krytycznie i doszedł do wniosku, że bez malowania ścian, okiennic i futryn się nie obejdzie. Farby, wałki, pędzle, gładź szpachlowa… – wyliczał i doszedł do wniosku, że musi to wszystko spisać, a jurto skoczyć do pobliskiego miasteczka na zakupy. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiejś kartki i jego wzrok padł na niewielkie kartonowe pudło wypełnione książkami i papierami, które przygotował do wyrzucenia. Uwagę Marcina przykuł, leżący na wierzchu, oprawiony w czerwoną skórę gruby zeszyt. Zabrał go i rozsiał się w wiklinowym fotelu na werandzie, rozkoszując się ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Kartki zeszytu zapełnione były mrożącymi krew w żyłach historiami, z których każdą napisano innym charakterem pisma. Marcin z zaciekawieniem studiował mroczne opowieści o demonach, upiorach, tajemniczych zgonach i morderstwach, które od zawsze tak go fascynowały. Nagle jakaś niepohamowana siła sprawiła, że  sięgnął po długopis i również zaczął pisać…

Ciszę dusznego czerwcowego wieczora przerwał szum liści, poruszonych nagłym podmuchem wiatru. Chłodny powiew przyjemnie muskał spocone ciało…

Marcin przerwał pisanie i otarł mokre czoło.

Czarne kłębiaste chmury pojawiły się niespodziewanie i zasnuły niebo, pogrążając świat w ciemności…

Latarką w telefonie oświetlił sobie kartkę i pisał dalej.

Wiatr wiał z coraz większą siłą, targając koronami drzew. O wzburzone wody jeziora uderzyły pierwsze krople deszczu. Po chwili rozległ się grzmot i pierwsza błyskawica przecięła niebo. Deszcz uderzył ze zdwojoną  mocą, tłukąc bezlitośnie o szyby i dach domu nad jeziorem. Huk towarzyszący kolejnym uderzeniom piorunów tłumił odgłos kroków zbliżającej się od strony lasu postaci. W blasku błyskawicy przez chwilę majaczyła ciemna sylwetka mężczyzny w czarnym kapeluszu z szerokim rondem, zasłaniającym twarz, który powoli lecz zdecydowanie zmierzał w stronę domu, 

Drewniane schodki prowadzące na werandę cicho zaskrzypiały, kiedy postawił na nich pierwszy krok. Końce cienkiej linki owinął ciaśniej wokół dłoni. Jeszcze raz sprawdził wytrzymałość sznura, naprężając go mocno, po czym zarzucił na szyję siedzącego na ganku mężczyzny.

Marcin skończył pisać i z zadowoleniem przestudiował jeszcze raz cały tekst.  Siedział teraz skulony pod daszkiem nad werandą i   obserwował szalejącą wokół niego nawałnicę. Nagle usłyszał skrzypienie drewnianych schodków i czyjeś kroki. Nie zdążył się nawet odwrócić gdy poczuł, że zaczyna się dusić. Bezskutecznie próbował pozbyć się pętli, która zaciskała się coraz mocniej na jego szyi, sprawiając że z trudem łapał oddech. Ostatnią rzeczą, którą zobaczył przed śmiercią, był wpis w zeszycie poprzedzający jego własną opowieść, a kończący się słowami:

Noc była jasna, ciepła i cicha. Stojąca na brzegu kobieta zrzuciła ubranie i powoli zanurzyła się w jeziorze. Płynęła spokojnie, próbując dotrzeć do miejsca, gdzie odbijał się księżyc. Nagle poczuła, że coś łapie ją za nogę i zaczyna wciągać pod wodę; coraz głębiej, aż do samego dna...

 

***

– Mamo, zobacz jaki fajny zeszyt!

– Dajcie mi święty spokój. Jak skończę myć te okna, to pójdziemy popływać, a teraz znajdźcie sobie jakieś zajęcie.

– No to pobawimy się w szkołę. Nauczę Olę pisać…