Wampir z KC – Andrzej Pilipiuk

Kolejny ostatni raz

Hubert Przybylski

Wiecie, jak to jest, gdy się człowiek (albo i nieświeć*) zarzeka, że robi coś po raz ostatni, a potem robi to samo znowu, i później kolejny raz stanowczo oznajmia, że koniec, a za jakiś czas nie wytrzymuje i… Bez bicia przyznaję, że mam tak z twórczością Wielkiego Grafomana. Co zrecenzuję jakąś jego książkę, to zawsze mówię, że to już ostatnia, no bo ile można chwalić za to samo? Może i literacko jego dzieła nie są przesadnie ambitne, ale jeśli chodzi o warsztat, język, jakim się posługuje, czy o ciągle nowe pomysły**, to tutaj poprzeczka jest od lat postawiona na niezmiennym, naprawdę wysokim poziomie***. W każdym razie – tym razem wytrzymałem jakieś dwa lata. A choć akurat spośród wszystkich bohaterów Pilipiuka wampiry lubię najmniej, to włączyło się uzależnienie (bo to chyba już jednak jest uzależnienie) i jakoś tak – wierzcie lub nie – całkowicie niechcący omówię Wam teraz „Wampira z KC”.

„A o czymże jest ten «Wampir z KC»?”, zapytacie. Odpowiadam – to trzeci już zbiór opowiadań o perypetiach grupki warszawskich (a właściwie to praskich) wampirów**** i kilku innych osób (choćby towarzyszy z Wydziału „Z” SB, czy też rodziny Isau… Gosi – czyli w sumie w przeważającej części też towarzyszy). Akcja pierwszych dwóch tomów rozgrywała się w ździebko mniej schyłkowym PRL-u, a teraz przyszedł czas na koniec lat osiemdziesiątych, z upadkiem komuny i początkiem zgniłego kapitalizmu***** włącznie. I tak, najpierw autor, z pomocą działu kadr Drucianki, wyśle naszych bohaterów na nadmorskie wczasy, następnie wskutek tarć na łonie partii będą musieli ratować honor zakładu i posadę dyrektora, organizując grzybobranie (w środku mroźnej i śnieżnej zimy), a później to już worek z pomysłami Pilipiukowi się całkiem rozwiązał i będziemy świadkami poszukiwania dwustuletniego skarbu zdegenerowanej arystokracji, uprawy magicznego drzewka, starcia z amerykańskimi specjalistami od usuwania bytów nekrotycznych, audytu w Wydziale Z, przejęcia przez tow. Bronę Drucianki i pojawienia się nowego wampira w mieście******, comebacku prawdziwego krwiopijcy oraz próby ponownego przystosowania się wampirów do warunków gospodarki rynkowej. A w ramach niewampirzego bonusu: śmierć stanie oko w oko z Jakubem Wędrowyczem i Semenem Korczaszką. I żeby nie było potem narzekań, to jeszcze dodam, że większa część opowiadań jest kilkuwątkowa, a ja wymieniłem tylko te najważniejsze – tytułowe.

Miałem się nie powtarzać, ale muszę – wiecie, tak qui pro quo… pro publico bono… no coś w tym guście. „Wampir z KC” to wciąż good ol’ Wielki Grafoman. Językowo i warsztatowo jest świetnie: ciekawa fabuła, pełna nieoczekiwanych i zaskakujących sytuacji (nawet zwroty akcji są!), a humoru (w sporej części czarnego) dostajemy tyle, że starczyłoby go dla wszystkich skandynawskich kryminałów, jakie ukazały się na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat – żeby wreszcie stały się zjadliwe. To wszystko sprawia, że „Wampira z KC” czyta się błyskawicznie i z ogromną przyjemnością.

Ale-ale, żeby nie było, że autor spoczął na laurach – widać wyraźnie, że się rozwija i próbuje nowych dróg. W jednym z opowiadań napotkamy tak przepiękne, poetyckie opisy przyrody, że „Nad Niemnem” się przy nich chowa, a Orzeszkowa normalnie zdrowo Pilipiukowych pięt pumeksem szorować jest niegodna. Ten utwór natychmiast powinien się znaleźć na liście obowiązkowych lektur szkolnych. Nie podam tytułu – czytając, od razu będziecie wiedzieli, o który chodzi.

Wypada zauważyć, że w przeciwieństwie do najważniejszego rozrywkowego cyklu Pilipiuka –  jakubowego – Wampiry spełniają też inną rolę. Poważniejszą, a można by nawet rzec, że edukacyjną. Przypominają nam, staruchom (a młodszym czytelnikom uświadamiają), jak zła, dziadowska, zakłamana i złodziejska była komuna, i jak niszczyła w ludziach ducha. Choćby z jej powszechnym i stałym brakiem wszystkiego, od produktów spożywczych przez majtki gimnastyczne i flety proste (w których pękał Kopfstück i trzeba go było poloplastrem zabezpieczać) po wolność. Czy zniszczeniem i rozkradzeniem majątku państwowego (żeby zachodnie koncerny miały lepszy start), gdy się kończyła*******. U Pilipiuka jednak jest ten plus, że – wbrew naszej historii – pachołki systemu dostają za swoje.

Zanim przejdę do mojej oceny, dodam jeszcze, że książkę ilustrował naczelny wędrowyczowski artysta plastyk, Andrzej Łaski, więc ludzie mający problemy z wizualizowaniem sobie akcji będą ukontentowani. Znaczy jeszcze bardziej niż ja i inni, którzy nie mają problemów z wizualizowaniem sobie akcji.

Moja ocena? 8/10. Mimo że wampiry, jak już wspomniałem, niespecjalnie lubię, to świetnie się bawiłem przy lekturze „Wampira z KC”, a pojawianie******** się Jakuba i Semena było normalną zdrową wisienką na zasmażce. To idealna lektura na każde miejsce, czas i pogodę (no, może poza nocnym czuwaniem w domu pogrzebowym przy zmarłym). Nie tylko dlatego, że traktuje o wampirach i takich tam, ale że człowiek (albo i nawet nieświeć*********) ździebko głupio wygląda, gdy śpiewa „Dobry Jezu a nasz Panie” z bananem na twarzy.

P.S. Tak w sumie nie pisałem o tym, gdyż jako normalnych zdrowych czytelników, a nie recenzentów, Was to nie dotyczy, ale pochwalić się wypada. Wydawnictwo pozwoliło mi się poczuć jak w latach osiemdziesiątych – książka przyjechała do mnie owinięta w obwiązany konopnym sznurkiem bury pakowy papier – zamiast okładek – dzięki czemu przypomniałem sobie, jak to się czytało za schyłkowej komuny książki w postaci luźnych kartek**********.   

P.S. 2. Oczywiście stanowczo stwierdzam, że to już na pewno moja ostatnia recenzja książki Andrzeja Pilipiuka.


Tytuł: Wampir z KC
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: 4.04.2018
Ilość stron: jakieś 400 (w tym kilka reklam – ale się nie sugerujcie, bo miałem egzemplarz recenzencki)
ISBN: 978-83-7964-312-7


* Rzekłbym nawet – normalny zdrowy nieświeć.

** Nie ma w tym kraju drugiego autora, który by miał tyle pomysłów, co Andrzej Pilipiuk. I w dodatku przy każdym wywiadzie (znaczy, jeśli tylko wywiadujący się o to zapyta) zarzeka się, że na papier trafia jedynie drobna ich część.    

*** I  choć różni tacy próbują ją przeskoczyć, to z reguły kończy się jedynie na podskakiwaniu.

**** Tego że chodzi o wampiry, pewnieście się nie spodziewali.

***** Normalnie zdrowo chronologicznie ułożone są i tomy, i zawarte w nich opowiadania.

****** Ale że Wielki Grafoman jest wyznawcą teorii równowagi w przyrodzie, więc wcześniej innego wampira usunął definitywnie z tego łez padołu.

******* To było takie opos nadmanganium komuny.

******** „Pojawianie”, nie „pojawienie”, bo znajdziemy ich też w innym opowiadaniu.

********* Normalny zdrowy, a jakże.

********** Znaczy zanim mi nie zbrzydło i nie użyłem symbolu imperialistycznego wyzysku w postaci amerykańskiej taśmy typu „duct tape”. Choć muszę przyznać, że moja taśma nie była srebrna, tylko czarna. Ale to mi akurat pasowało do książki, której akcja toczy się u schyłku komuny.