Andrzej Pilipiuk w Subiektywnie

Wiecie, jak to jest, gdy się człowiek (albo i nieświeć*) zarzeka, że robi coś po raz ostatni, a potem robi to samo znowu, i później kolejny raz stanowczo oznajmia, że koniec, a za jakiś czas nie wytrzymuje i… Bez bicia przyznaję, że mam tak z twórczością Wielkiego Grafomana. Co zrecenzuję jakąś jego książkę, to zawsze mówię, że to już ostatnia, no bo ile można chwalić za to samo? Może i literacko jego dzieła nie są przesadnie ambitne, ale jeśli chodzi o warsztat, język, jakim się posługuje, czy o ciągle nowe pomysły**, to tutaj poprzeczka jest od lat postawiona na niezmiennym, naprawdę wysokim poziomie***. W każdym razie – tym razem wytrzymałem jakieś dwa lata. A choć akurat spośród wszystkich bohaterów Pilipiuka wampiry lubię najmniej, to włączyło się uzależnienie (bo to chyba już jednak jest uzależnienie) i jakoś tak – wierzcie lub nie – całkowicie niechcący omówię Wam teraz „Wampira z KC”.

 

Jeżeli przypisy, to już wiadomo, że za recenzją kryje się Hubert, znany w suwalskich lasach* jako nieświeć. Dzisiaj zrecenzował nam Wampira z KC.

___
* I nad jeziorami.