Błąd atrybucji

Ocena: 
0
Brak głosów

– Zwłoki nie mają więcej niż dzień – stwierdził Doktorek.

– Cholerne dzikusy – mruknął kapitan Hayworth.

Kinley tylko splunął.

Było ich trzech. Brudne, zaszczute wspomnienie oddziału, który tydzień wcześniej wyruszył w kierunku Jhansi. Tylko oni przeżyli zasadzkę hinduskich buntowników. Dżentelmen, lekarz i… Kinley – najgłupszy zakapior, jakiego kiedykolwiek widzieli dwaj oficerowie. A widzieli już niejedno. Rekrutowanie piechociarzy wśród pijaków i przestępców stanowiło powszechną praktykę. Porucznik Miller, zwany Doktorkiem, też nie był święty. Podobno stracił posadę w szpitalu za picie i niemoralne zachowanie.Hayworth wiele razy zastanawiał się, czy nie jest przypadkiem jedynym Brytyjczykiem, który wstąpił do piechoty z własnej inicjatywy.

– Dość już się napatrzyliście – powiedział. – W drogę.

– Nie powinniśmy ich przypadkiem pochować, Sir? – bez entuzjazmu spytał Miller.

– Powinniśmy. Ale przede wszystkim musimy dotrzeć do Agry, by powiadomić sztab o liczebności armii Lakshmibai i…o tym.

Ruszyli, pozostawiając za sobą tulipanowiec, udekorowany tuzinem bezgłowych, obdar-tych ze skóry ciał. U stóp drzewa leżały strzępy czerwonych mundurów.

*

Nad wioską unosił się zapach dymu i świeżego pieczywa.

– Same kobiety i dzieci. – Miller opuścił lornetkę.

– A żarcie się kończy – dodał Kinley.

Kapitan nie odpowiedział. Osada rzeczywiście nie wyglądała na bastion rebeliantów. Ot, pięć rozlatujących się chałup, studnia i skromna kapliczka.

Ktokolwiek zabił tamtych żołnierzy nie może być daleko – upomniał się w myślach Hayworth. Głośno zaś powiedział:

– Dobra, idziemy. Ale miejcie oczy dookoła głowy.

Kinley rozdziawił gębę i pomacał potylicę. Doktorek westchnął.

Kapitan czuł, jak zimny pot spływa mu po plecach.

*

Miller miał rację. Wioskę faktycznie zamieszkiwały same kobiety. W tym bezzębna starowinka, która całkiem przyzwoicie mówiła po angielsku. Hinduski ugościły ich owocami i plackami, które po swojemu nazywały paneer.

– Gdzie się podziali wasi mężowie? – zagadnął Hayworth.

– Zabrał ich syn Kali – odparła nestorka.

– Kto?

– To chyba ichnia bogini śmierci – wtrącił Miller. – Ponoć składają jej krwawe ofiary.

Kapitan zmarszczył brwi.

– Czy to świątynia? – Wskazał okrągły budynek. – Mam nadzieję, że nie będziesz miała nam za złe, jeżeli trochę się rozejrzymy?

Kobieta zrobiła kwaśną minę ale nie oponowała.

– Wchodzimy do środka – powiedział do Millera. – Kinley, stój na warcie.

Szeregowiec burknął coś pod nosem i z ociąganiem zajął wskazane miejsce.

Powietrze w kapliczce było ciężkie od kadzidła. W centrum pomieszczenia stał posąg, przedstawiający wieloręką kobietę. Z jej wykrzywionych ust zwisał język.

– Jak to to może mieć syna? – parsknął Miller. – Nawet Kinley nie przeleciałby takiej szkarady!

– Słyszałem!... – z zewnątrz dobiegł głos bezpośrednio zainteresowanego.

Wtedy Hayworth wychwycił szczegół, który w pierwszej chwili umknął jego uwadze. Bogini miała naszyjnik z ludzkich czaszek. Na krawędzi świadomości kapitana zaczął kiełkować zimny, oślizgły niepokój.

– Chodźmy stąd – powiedział. – Zmierzcha, a jutro czeka nas długa droga.

Zasypiając, nie potrafił pozbyć się złych przeczuć.

*

Obudził go krzyk. Hayworth zerwał się z posłania i odruchowo sięgnął po karabin.

– Spokojnie, Sir. – W ciemności błysnęły okulary Doktorka. – Kinley poszedł poużywać sobie z miejscowymi. Mówiłem, żeby odpuścił, ale…

– Idź i go powstrzymaj.

– Ale, Sir…

Kapitan zacisnął zęby.

– To rozkaz!

Miller zaklął pod nosem, ale posłusznie wyszedł z chaty… i natychmiast wpadł z powrotem do środka. Z głuchym chrupnięciem uderzył o ścianę.

Hayworth poczuł, że robi mu się słabo.

W plecach lekarza ziała głęboka rana. Coś oderwano mu głowę. Razem z większością kręgosłupa.

Z zewnątrz znowu dobiegły się krzyki. Kapitan spojrzał w panującą za drzwiami ciem-ność. Potem na zwłoki. Najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał mdłości.

W końcu wyszedł z chaty… Niemal wpadając na Kinleya i uciekającą przed nim dziew-czynę. Na widok kolejnego mężczyzny Hinduska zaczęła wrzeszczeć jeszcze głośniej. Hayworth całkowicie ją zignorował.

– Miller nie żyje! – zawołał.

Potężny szeregowiec stanął jak wryty.

– Cczemu?… – wydukał.

Kapitan w trzech słowach przedstawił, co zaszło.

– Wynośmy się z tego przeklętego miejsca – dodał na koniec.

Kinley przytaknął. I zadrżał.

– Sssir, one jakoś dziwnie patrzą…

Hayworth przełknął ślinę. Wokół stały wieśniaczki. Szeptały, wskazując zapłakaną dziewczynę. Ich wzburzenie było prawie namacalne.Wyobraźnia kapitana podsunęła mu gniewny wizerunek Kali. Czaszki wokół jej szyi. Bezgłowe ciała na drzewie. Okaleczonego Millera.W świetle księżyca kobiety przypominały erynie. Ich oczy pałały czystą nienawiścią.

Hayworth patrzył na nie jak sparaliżowany.

Przegrana bitwa. Mordercza wędrówka przez las. Krwawe znalezisko. Rosnący strach. Wszystko skumulowało się w tym jednym, fatalnym momencie.

Coś w nim pękło. Zaczął strzelać.

Kinley podjął inicjatywę dowódcy.

***

Ukryty wśród drzew obserwator z zaciekawieniem przyglądał się masakrze.

Co za idioci – pomyślał Predator.