Saga. Tom ósmy – Brian K. Vaughan, Fiona Staples

Dylematy

Maciej Rybicki

Przy okazji pojawiania się każdego kolejnego tomu „Sagi” zadaję sobie pytanie: ile jeszcze można? Wszak seria autorstwa Briana K. Vaughana i Fiony Staples ewoluowała w klasyczny tasiemiec, tyle że osadzony w konwencji space opery. Rodzina Alany i Marko tuła się po wszechświecie w poszukiwaniu spokojnego miejsca do życia (choć to akurat przestało już być oczywiste), co krok spotykając jednak przeciwności losu… i zwykle jakoś je pokonując. Jak się pewnie nietrudno domyśleć, ósmy tom serii nie przynosi w tej kwestii specjalnych zmian.

Zaczyna się niezwykle efektownie, od sugerowania czytelnikowi dość niespodziewanego obrotu spraw. Zresztą trzeba przyznać, że Vaughan celuje w takich rozwiązaniach, znakomicie wykorzystując fakt przeskoków czasowych i konieczności budowania kontekstu wraz z początkiem sceny. Nie ma to jak zdobyć uwagę odbiorcy, zaczynając od fabularnego twistu. Otwarcie przynosi też kolejne urozmaicenie scenografii – tym razem lekko nawiązujące do stylistyki kosmicznego westernu. O ile jednak w warstwie wizualnej jest klasycznie dla „Sagi” kolorowo i radośnie, o tyle poruszana tematyka jest już ze wszech miar poważna – stanowi bowiem bezpośrednie rozwinięcie zakończenia poprzedniego tomu. Muszę przyznać, że sposób, w jaki Vaughan porusza tematykę utraty ciąży i konsekwencji tego faktu jest niezwykle trafny i przekonujący. Scenarzyście udało się nie tylko znakomicie oddać refleksyjny, tęskny nastrój zaklęty w pytaniu „co by było gdyby?”. Jednocześnie, bardzo w swoim stylu, Vaughan zwraca uwagę na bardziej przyziemne aspekty takiego tragicznego wydarzenia – choćby na konsekwencje medyczne, jak konieczność usunięcia martwego płodu z ciała matki. To połączenie robi bardzo mocne wrażenie, także dzięki silnemu związaniu z fabułą tomu. A ta? No cóż, jak to w „Sadze” – losy rodziny małej Hazel i ich towarzyszy są na tyle pokręcone, że nawet jeśli nie dzieje się wiele, to dzieje się całkiem sporo – przynajmniej na tyle aby skutecznie przykuć czytelnika do lektury. Oczywiście nie mogło też zabraknąć postaci drugiego i trzeciego planu. Wracają więc Uparty i uwielbiany przez wielu Ghüs. W ogóle można odnieść wrażenie, że ósmy tom jest okazją do ponownego spotkania sporego grona postaci.

Jak zwykle znakomicie prezentuje się także strona graficzna komiksu. Fiona Staples po prostu robi swoje, odmalowując barwny świat „Sagi” w dokładnie taki sam sposób, w jaki robiła to do tej pory. Jest więc żywo, kolorowo, z wyraźnym eksponowaniem pierwszego planu. W ramach urozmaicenia pojawia się kilka całkiem ciekawych projektów postaci (np. Wyłożna). Można zatem rzec, że poziom poprzednich tomów został utrzymany.

Odpowiadając na postawione we wstępie pytanie, trzeba stwierdzić, że najwyraźniej można jeszcze całkiem długo. „Saga” jest oczywiście serią zanurzoną we własnym sosie – ma swój specyficzny klimat, stylistykę, humor i podejście do poważnej problematyki. I nawet jeśli kolejne odsłony pokazują lekkie zmęczenie twórczego materiału, nawet jeśli efekt świeżości już dawno minął, to komiks wciąż  porusza. Jest to w znacznej mierze skutkiem znakomitego zmysłu obserwatorskiego Vaughana – umie on bowiem zbudować przekonującą historię wokół rzeczy będących częścią doświadczenia każdego z nas, a co jeszcze ważniejsze, opowiedzieć ją w sposób budzący emocje. Gdy dodamy do tego barwny świat i sympatycznych, wyrazistych bohaterów, wychodzi seria, która z powodzeniem bawi czytelników od lat. A jeśli będzie trzymać poziom tomu ósmego, to życzę jej (i sobie) by trwała jak najdłużej.


Tytuł: Saga. Tom ósmy
Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunki: Fiona Staples
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Tytuł oryginału: Saga, vol 8 (#43-48)
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Image Comics
Data wydania: 31 sierpnia 2018
Liczba stron: 152
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-65938-22-0