Avengers. Czas się kończy, tom 4 – Jonathan Hickman i inni

Już za chwileczkę, już za momencik…

Maciej Rybicki

Oj ciągnie się ta Hickmanowska saga, ciągnie. A jednocześnie rodzi niemało kontrowersji tak ze strony jej sympatyków, jak i przeciwników. Ci pierwsi zwracają uwagę na niebywały rozmach rozpisanej na kilkanaście tomów historii, specyficzny dla tego autora klimat opowieści, a także jej niebagatelny wpływ na kształt pozostałych komiksów Marvela (choć prawdę mówiąc, jest to raczej zasługą redaktorów Domu Pomysłów, którzy uczynili z fabuły „Avengers”/ „New Avengers” metawątek całego uniwersum). „Hickmanosceptycy” zwracają natomiast uwagę na zbytnie rozwleczenie fabuły, spore przestoje, logiczne dziury czy też po prostu nieznośną atmosferę, w której wszyscy knują przeciw wszystkim (rzecz jasna w imię większego dobra). Niezależnie jednak od tego, czy postrzegamy run Jonathana Hickmana jako wzorcowy przykład epickiej opowieści o końcu świata, czy też jako nudną trykociarską operę mydlaną, trzeba temu cyklowi oddać jedno – na pewno przyciągnął uwagę sporej publiczności, zwykle wywołując niemałe emocje… a na obecnym, przeładowanym tytułami rynku komiksowym jest to sztuka niemała.

Czwarty tom „Czas się kończy” – tytułu łączącego wydarzenia obu pisanych przez Hickmana serii – to już ostatnia prosta przed wielkim finałem, którym będą wyczekiwane przez wielu „Tajne Wojny”. I zgodnie z oczekiwaniami wydarzenia ponownie zaczynają nabierać tempa. To całkiem miła odmiana po przyzwoitym, aczkolwiek niewiele wnoszącym do fabuły runu tomie trzecim. Tu jest przeciwnie, bowiem dzieje się sporo. Przede wszystkim Hickman postanawia podomykać pewne wątki – mamy więc doktorów: Strange’a i Dooma, mamy epicką kosmiczną bitwę z Thorem w roli głównej, mamy Czarnego Łabędzia, inwazję Shi’ar, Reeda Richardsa (w dwóch wersjach), obowiązkową wycieczkę do świata Ultimate, a wreszcie konfrontację między Tonym Starkiem a Steve’em Rogersem. Wszystko to w odpowiednio gęstym sosie intryg i mordobicia. Co ważne, czuć klimat nieuchronnie zbliżającego się kataklizmu. Desperacja przeplata się tu z nadzieją, a rezygnacja z determinacją. W efekcie powstał komiks, który czyta się bardzo dobrze, smakowita przystawka przed prezentującym się niezwykle apetycznie daniem głównym.

Tym, co rodzi we mnie nieco mieszane odczucia, jest niespójna oprawa graficzna. Zresztą zwracałem na to uwagę już w przypadku tomów poprzednich. Z pięciu zeszytów składających się na omawiany album dwa wyszły spod ręki Mike’a Deodato, dwa są dziełem Keva Walkera (w tym jeden powstały we współpracy z Stefano Casellim), zaś jeden narysowany został przez Mike’a Mayhewa. No i… jest różnie. Zarówno Walker, jak i Deodato przyzwyczaili już do pewnego poziomu i trzymania się charakterystycznej dla siebie stylistyki. Szkice Anglika mają w sobie pewne przerysowanie podkreślone mocnym konturem, Brazylijczyk zaś pozostaje klasą sam dla siebie, prezentując bardziej subtelną kreskę z doskonałym cieniowaniem (zarówno featheringiem, jak i posługiwaniem się plamami czerni). Na tym tyle Caselli i Mayhew wypadają nieco blado. Szczególnie rozczarowuje ten drugi – artysta znany z kapitalnych szkiców nieco w stylu Alexa Rossa czy Marko Djurdjevicia, a także fantastycznych okładek (poszperajcie w sieci!) tu wypada wyjątkowo nierówno. Jego rysunki są czasem nie tylko zaskakująco uproszczone (żeby nie powiedzieć „niechlujne”), ale i niezbyt udane anatomicznie. Dziwi to tym bardziej dlatego, że dosłownie dwie plansze dalej wszystko potrafi być już na swoim miejscu. Na szczęście to tylko pojedyncze przypadki – całość utrzymana jest bowiem w klasycznie amerykańskiej, naturalistycznej konwencji. Przyzwoicie, ale bez większych powodów do zachwytu.

Ci, którzy wytrwali z Hickmanem do tego momentu z pewnością i tak po omawiany tom sięgną. Choć trudno myśleć o nim jako o czymś więcej niż kolejnym odcinku komiksowego serialu, trzeba uczciwie przyznać, że czuć zbliżający się finał. Scenarzysta postarał się pozbierać ważniejsze wątki, nadać im tempa, okrasić wszystko adekwatną ilością akcji, a przede wszystkim zbudować napięcie godne zwieńczenia snutej przez kilka lat opowieści. Udało się to zrobić całkiem nieźle. W efekcie czytelnicy dostają do ręki jeden z lepszych epizodów tej historii (jeśli już trzymać się serialowej terminologii). Miejmy tylko nadzieję, że zamknięcie runu Jonathana Hickmana okaże się warte kilkuletniego oczekiwania. Premiera już niedługo!


Tytuł: Czas się kończy, tom 4
Seria: Avengers / New Avengers
Tom: 3
Scenariusz: Jonathan Hickman
Rysunki: Mike Deodato, Stefano Caselli, Mike Mayhew, Kev Walker
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Avengers: Time Runs Out, vol. 4 (Avengers #43-44, New Avengers #31-33)
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: październik 2018
Liczba stron: 156
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2681-7