Hałas na powierzchni

Ocena: 
0
Brak głosów

To miała być cicha okolica, profesjonalna opieka, idealne miejsce do bytowania, nawet dla najbardziej powykręcanych i zniedołężniałych. Mówili, obiecywali, zapewniali, ale i tak wszystko okazało się zwykłym pustosłowiem.

Hałas nie pozwalał mu spać snem wiecznym. Z góry dudniło tępym basem, od którego cały drżał. Z dołu śmiechy, chichy i wesołe rozmowy, chociaż to był wstanie wytrzymać, bo sąsiedzi choć nie ukrywali radości, to jednak przestrzegali ciszy grobowej i nie byli uciążliwi. Jednakże to dudnienie drażniło każdy nerw jego gnijącego mózgu. Krzysztof otworzył tajne drzwiczki w swojej trumnie i wyszedł do podziemnego miasteczka ciągnącego się pod cmentarzem. Musiał zrobić komuś awanturę.

Dobra, jednak oddał honor sąsiadom z innych kwater, bo im nie miał nic do zarzucenia. Nawet jemu zdarzało się zapomnieć. Mieszkańcy cmentarza stanowili bardzo sympatyczną grupę. Wszyscy pomocni, szczerzy i pełni życia po życiu. Wielu spędzało czas na rzeczach, na które kiedyś go nie mieli. Minął kort, gdzie dwóch jego kolegów ze szkoły, których wiele lat temu dopadł zawał, grało w tenisa swoimi czaszkami. W oddali w małej kawiarence, gdzie serwowali genialny płyn balsamiczny, pani Jagna spod trzynastki pisała wiersze na swój wieczorek autorski. Wszyscy czymś się zajmowali, ale widać było, że dudnienie z powierzchni również im zaczynało przeszkadzać.

W końcu dotarł do urzędu, ponurego gmachu otoczonego kolorowymi budynkami. Jedyne miejsce, gdzie wchodziło się ze smutnej konieczności. Zwłaszcza gdy góra zadecydowała wysłać kogoś w dalszą podróż. Krzysztof jednak miał inny zamiar. Wparował do środka i uderzył pięścią o blat. Jedzący ciało robak wypadł mu z ramienia i zaczął wić się po granitowej podłodze.

– Czemu nikt nic nie robi z tym dudnieniem?! – wrzasnął, budząc przy tym jedyną urzędniczkę, czyli panią Jadzię. – To skandal, okolica miała być spokojna, nie to mi obiecywano!

Pani Jadzia spojrzała krzywo na petenta. Flegmatycznym ruchem poprawiła wiszącą na resztkach ścięgien żuchwę, a potem strzeliła kilka razy palcami. Krzysztof nie lubił tego, zwłaszcza, że jeszcze jak obydwoje żyli, pani Jadzia utrudniała mu niejedną sprawę w zwykłym urzędzie i zawsze musiała zrobić jakiś wstęp gestami zanim powiedziała chociaż grzecznościowe „dzień dobry”.

– Panie Nowak – odezwała się flegmatycznie. – Pół tonu ciszej. To jest urząd, tu się pracuje i wysyła w dalszą drogę. A patrząc na pana papiery – te zmaterializowały się w jej dłoni – jeszcze nie pana czas. A co do hałasów, to przepraszam, lecz to nie mój dział. Musiałby pan poprosić młodych żyjących przy cmentarzu o wyłączenie głośnika, ale to niemożliwe. Trzeba przeczekać.

– Niby dlaczego? Nie można na nich wpłynąć?

– Nie. – Westchnęła ciężko, jak nauczycielka tłumacząca coś tępemu uczniowi. – Złamałoby to regułę tysiąc pięćset przez  sto dziewięćset. Cytując: „Martwy nie ma prawa ingerować pośrednio albo bezpośrednio na świat żywych”. Oczywiście nie ma żadnej kary za to, bo wyjście na powierzchnię jest niemożliwe, a ostatni taki przypadek był za Łazarza, zresztą kontrolowany i dozwolony przez górę. Czasy są też inne. Kwatery są tak stworzone, by zabetonować je i postawić pomnik, a dzięki temu uniemożliwić niepokornym jednostkom wyjście. Notabene, po co wychodzić? Niech da mi pan dokończyć, bo to było pytanie retoryczne. Sam pan widzi, że mam związane ręce. Możemy tylko to przeczekać.

– Niemożliwe? Brak wyjścia? Nie, proszę pani, zamierzam coś z tym zrobić i to osobiście.

– Życzę szczęścia, ale betonu pan nie przebije.

Krzysztof wyszedł bez słowa i pognał do swojej kwatery. Mamrotał pod nosem „Związane ręce?”, „Ja nie dam rady?”, „Beton i zakazy?”. Gotował się ze wściekłości. Nie miał zamiaru się podporządkowywać tej starej biurwie i jej wymyślonym zasadom bytowania pozagrobowego. Zamierzał wziąć sprawy we własne ręce, dosłownie.

Wszedł do swojej trumny, ale zamiast grzecznie się położyć zaczął walić w wieko trumny. Po chwili wybił dziurę, przez którą wysypał się piach..

– Co tam robisz, sąsiedzie? – spytał pan Marek, szkielet mieszkający w kwaterze obok od pół wieku.

– Przebijam się na powierzchnię, by uspokoić tych gówniarzy. Mam dość tego dudnienia i hałasu. Zaraz oszaleję!

– Dobry żart, sąsiedzie, ale nie polecam. Nie da rady i nie warto.

– Zobaczymy – odpowiedział Krzysztof, wracając do pracy.

Po kilku godzinach jego dłoń wystawała na powierzchnię. Jak dobrze, że w swoim ostatnim życzeniu poprosił, by jego rodzina nie stawiała dla niego pomnika, tylko zostawiła zwykły, ziemny grób z ładnym krzewem posadzonym na nim. Trochę pieniędzy pewnie poszło z rączki do rączki, ale było warto. Odrzucił na bok wiązanki oraz znicze i ruszył w stronę źródła dudnienia.

 

Dwa tygodnie później we wszystkich stacjach informacyjnych relacjonowano przebieg najbardziej dramatycznych wydarzeń w historii. Dominowało jedno hasło: „Apokalipsa zombie w Polsce!”.