Światłoczuły – Sebastian Hejankowski

Światłoczuły

Jagoda Wochlik

„Światłoczuły” to debiut powieściowy Sebastiana Hejankowskiego, który wcześniej opublikował jedynie opowiadanie w antologii „Geniusze fantastyki” wydanej z okazji drugiej rocznicy działalności wydawnictwa Genius Creations. I choć fakt, że jest to debiut, nie powinien sprawiać, że uprzedzimy się do autora, bo wszak jakąś książką rozpocząć karierę trzeba, to można zrobić to dobrze, można też tak, jak bydgoski autor.

„Światłoczuły” to historia kilkorga osób biorących udział w eksperymencie doktora Rafała Żmudowicza, niegdyś zapalonego miłośnika ezoteryki i poszukiwacza duchów, obecnie ich gorliwego przeciwnika, zamierzającego udowodnić, że to, co ludzie biorą za duchy, jest jedynie śladami pozostawionymi przez światło w powierzchniach, w których się odbija.

Zdecydowałam się na lekturę „Światłoczułego” ze względu na dość ciekawego blurba. Ujęło mnie zawarte w nim pytanie: „Czy miejsca mogą pamiętać?”. Przyznaję, dałam się złapać na  frazę, a potem plułam sobie w brodę. Ta książka jest tak strasznie zła. Tak fatalna na tylu polach.

Przede wszystkim fabuła to zlepek różnych zdarzeń, które nijak się mają do siebie. Z jednej strony jest naukowiec i jego eksperyment, któremu poświęcono niemal połowa książki. Dodać należy, że wszystkie czynności związane z eksperymentem zostały drobiazgowo opisane, ale w tak mało zajmujący sposób, że można umrzeć z nudów. Potem, lepiej nie wyjawiać dlaczego, eksperyment nagle schodzi na dalszy plan, ustępując długaśnym i równie nudnym opisom pracy w korpo. Mamy też wątek Sylwestra Sapiehy, zdecydowanie najciekawszy ze wszystkich i próbujący spajać ten miszmasz w całość, kłopot tylko w tym, że autor tak bardzo nie wie, o czym książka miałaby traktować, że ostatecznie „Światłoczuły” jest w gruncie rzeczy o niczym.

Bohaterów jest tu kilkoro. Wykładowca akademicki przeprowadzający eksperyment, dwóch studentów, dziennikarka, bioenergoterapeutka i stary fandomowy bydgoski wyjadacz oraz zagubiona nauczycielka. Zderzenie tak rożnych osobowości, ich poglądów i wizji życiowych samo w sobie stanowiło materiał na ciekawą fabułę. Kłopot w tym, że właściwie niewiele dowiadujemy się o tych ludziach. Nie wiemy nic ani o nich, ani o ich życiu. Postacie przez całą książkę są płaskie i jednowymiarowe, dlatego ani im współczujemy, ani z nimi sympatyzujemy. W połowie treści, gdy cała historia powinna się właściwie zakończyć i zamknąć w większym opowiadaniu, a nie mniejszej powieści, pojawia się ni z gruszki, ni z pietruszki kolejny bohater. Dzieje się to jednak na siłę, bo trzeba pociągnąć dalej akcję, a właściwie nie ma komu. Głównym bohaterem raz zdaje się tu być Żmudowicz, innym razem Ewa, jeszcze innym razem wnuk współpracownika Sapiehy, Walter. Fabuła jest okropnie chaotyczna. Postaciom brakuje motywacji do robienia tego, co robią. Ich zachowania bardzo często są nielogiczne, a wątki fabularne nie znajdują zakończeń.

Inną kwestią jest przynależność gatunkowa „Światłoczułego”. Mam ważenie, że autor nie wiedział, jaką książkę chce tak naprawdę napisać. Raz jest to opowieść bardziej science fiction, by za chwilę przeskoczyć do fantasy, pod koniec zahaczyć o horror, a w końcówce zamienić się w niezamierzoną, niestety, groteskę. Gorzej, że mimo wszystko od tego całego miksu gatunkowego na każdej stronie praktycznie wieje okropną nudą.

Na bardzo złym poziomie stoi także korekta tekstu. Częste są w nim literówki i powtórzenia tych samych wyrazów. Błędy zdarzają się praktycznie co kilka stron. Książkę wydano naprawdę niechlujnie.

Szczerze odradzam lekturę „Światłoczułego”. Powieść została nieporadnie napisana i jest zwyczajnie nudna. Choć autor skorzystał ze swoich życiowych doświadczeń dotyczących polskiego fandomu oraz pracy w korporacji, opisał wszystko w tak mało zajmujący sposób, że aż szkoda czasu na lekturę.

Tytuł: Światłoczuły
Autor: Sebastian Hejankowski
Wydawca: Genius Creations
Data wydania: wrzesień 2018
Liczba stron: 294
ISBN: 9788379952113