Wojny Bizancjum – John Haldon

Historię piszą historycy

Hubert Przybylski

Znaczy, chciałoby się, żeby tak było naprawdę. Że historię piszą tylko profesjonalni, obiektywni historycy. Ale niestety, robią to też różni inni. Zwycięzcy*, przegrani, politycy, amatorzy**, youtuberzy*** i Jan Tomasz Gross****. Na szczęście***** w moje ręce trafiła ostatnio praca autorstwa zawodowo-naukowego historyka, „Wojny Biznacjum” Johna Haldona. Ona przywróciła mi ździebko wiarę w ludzkość. „Jak ździebko?” zapytacie. O tym za chwilę.

Gdyż albowiem najsampierw pokrótce przynajmniej należałoby wspomnieć, o czym traktuje wspomniana książka. Już sam tytuł to ździebko wyjaśnia, dodam więc tylko, że autor omawia wybrane wojny i bitwy z okresu od VI do XII wieku. W opracowaniu znajdziemy nie tylko same suche opisy wojennych zmagań, ale także kwestie lokalnych geografii******, transportu, gospodarki czy społeczne.

I to jest jedna z najmocniejszych stron książki. Kto czytał „Sztukę wojenną” Sun Zi*******, ten wie, jak wielką rolę w czasie wojny odgrywa logistyka. W końcu jak długo może walczyć najdzielniejsza i najbitniejsza nawet armia, ile twierdz i grodów da radę zdobyć, gdy żołnierze nie będą dostawali swojej codziennej porcji kaszy jaglanej ze skwarkami********? Haldon jest naprawdę jednym z niewielu historyków, którzy zwracają na to uwagę. Większość zwyczajnie zapomina, że kilkudziesięciotysięczna armia potrzebuje codziennie ogromnych ilości jedzenia dla ludzi i paszy dla zwierząt, nie tylko koni jazdy, ale także dla wołów ciągnących wozy z zapasami lub, w terenach gdzie nie było dróg, dla zwierząt jucznych. Codziennie. A ile potrzebuje zaopatrzenia, gdy wojenna wyprawa trwa kilka miesięcy? Gdy przemierza pustynno-górskie pustkowia, gdzie nie tylko o trawę dla zwierząt trudno, ale nawet o wodę, a przeciwnik stosuje taktykę spalonej ziemi, niszcząc spichlerze i zatruwając studnie? Gdy jeszcze dochodzą setki zaprzęgów wiozących materiały do budowy machin oblężniczych, namioty, czy choćby głupie zapasowe gumki do rajtek*********. To są ogromne, kolosalne wręcz ilości zapasów, które trzeba jakoś przetransportować i ochronić. Inna kwestia wspomniana przez Haldona to lokalizacja większych siedzib ludzkich, miast i twierdz. To nie bliskość wody pitnej była najważniejsza przy ich lokalizacji, tylko dostęp do transportu wodnego, dzięki któremu można było wykarmić mieszkańców**********. Transport lądowy był w tamtych czasach szalenie drogi. Koszt utrzymania zaprzęgu wołów i poganiaczy sprawiał, że nawet kilkudniowy transport zboża wielokrotnie zwiększał jego cenę. Nie bez powodu to Egipt ze swoją szeroką na kilka, kilkanaście kilometrów doliną i deltą Nilu był spichlerzem starożytnego Rzymu – w całym basenie Morza Śródziemnego nie było tak łatwo dostępnych z wody terenów uprawnych. I dlatego też, gdy Bizancjum straciło w końcu Egipt, tak bardzo walczyło o nadrzeczne doliny na Bałkanach i przybrzeżne tereny Azji Mniejszej. Dodam jeszcze, że w książce Haldona znajdziemy mapki najważniejszych regionów cesarstwa i okolic z zaznaczonymi głównymi miejscowościami i szlakami komunikacyjnymi oraz, co bardzo ważne, a kompletnie pomijane przez innych historyków, ukształtowaniem terenu – co prawda mapki hipsometryczne są nieco uproszczone, ale i tak umożliwiają zrozumienie tematu.

„Wojny Bizancjum” to nie tylko geografia w ujęciu strategicznym, ale i taktycznym. W opisach bitew ważną i poruszaną przez Haldona kwestią jest ukształtowanie terenu, na którym miały miejsce zmagania. Książka zawiera mapki z pozycjami i ruchami wojsk wpisanymi w krajobraz – zaznaczone na nich są nie tylko drogi, wzgórza, rzeki, mokradła oraz lasy i zarośla, ale także różnice w wysokości terenu. Co prawda zdarzyło się autorowi raz czy dwa rzucić oddziały do ataku przez miejsca, które wcześniej musiały omijać (bitwa pod Kalawriami), ale te mapki i tak są o niebo lepsze i pełniej oddają pole bitwy niż białe karty ozdobione wyłącznie prostokącikami i strzałeczkami.

Czy mam się do czego przyczepić? Mam. Jak Haldon szczegółowo zadbał o ukazanie kwestii geograficzno-logistycznych, tak prawie kompletnie położył sprawę wojsk. Książka roi się od nazw formacji, zawodowych i najemnych, ale ich objaśnienia, jeśli są, sprowadzają się przeważnie do regionu ich pochodzenia. Tylko w bardzo niewielu przypadkach, jak na przykład przy katafraktach, autor wspomina o ich wyposażeniu ofensywnym i obronnym. Nie ma też problemu z częścią formacji najemnych – konnicą frankijską, Normanami, Waregami, konnymi łucznikami z ludów stepowych – ale nich mi ktoś powie, jak wyposażeni byli Chomanoi. Przecież gdy się nie wie tak podstawowych kwestii, to jak można zrozumieć taktykę wykorzystania danej formacji? Bizantyjskie militaria nie należą do najpopularniejszych i najpowszechniej znanych (przez całą moją podstawówkę i liceum dowiedziałem się z lekcji historii tylko tego, kiedy i jak Bizancjum powstało oraz kiedy i jak upadło), choć z okresu trwania cesarstwa wschodniorzymskiego zachowało się pewnie więcej traktatów strategicznych niż z całego antyku i niebizantyjskiego średniowiecza razem wziętych. I tym bardziej szkoda, że człowiek, który na tej tematyce zjadł zęby, tak oszczędnie dzieli się swoją wiedzą***********, zwłaszcza że książka, jak na poważne opracowanie historyczne, jest cokolwiek cieniuchna. Nie licząc technikaliów – bibliografii, skorowidzów i takich tam – tekst ma raptem jakieś dwieście stron.

Niespecjalnie widzę sens we wrzucaniu do książki miniaturowych (niektóre mają mniej więcej 6x9cm), czarno-białych zdjęć. W tej wersji przypominały mi żywo stare peerelowskie zdjęcia drukowane na kawałkach płyty wiórowej czy pilśniowej, którymi obwieszane były ściany biurowców w geesach. No jeszcze te ukazujące krajobrazy bym zrozumiał, bo coś tam widać, ale gdy, jak w przypadku zdjęcia nr 12, czytam, że to jest twierdza (Akrokorynt), a widzę tylko równinę i górę, a na pierwszym, prawym planie coś, co przypomina starożytnego kamiennego toi-toia************, to mam mieszane uczucia. Zwłaszcza że krótkie góglanie wyjaśnia, że ów „stone-toi” nie jest wcale twierdzą Akrokorynt, bo ta leży na owej szarej górze w tle, tyle że na zdjęciu z książki jest praktycznie niewidoczna. Nie podoba mi się też umiejscowienie mapek bitew, które są zgrupowane razem ze zdjęciami i innymi mapkami na oddzielnej wszywce w środku książki. Rozumiem powody ekonomiczne takiego rozwiązania, ale nie sprawia to, że czyta mi się książkę mniej niewygodnie. Takie mapki powinny być umieszczone bezpośrednio przy opisie bitwy i basta.

Moja ocena? 6/10. „Wojny Bizancjum” to dobre opracowanie, ale niepozbawione wad. Jest zbyt krótkie i choć omówiono w nim pomijane przez wielu historyków kwestie, to inne zmienne, równie ważne dla zrozumienia zagadnienia tematu, są prawie całkowicie przemilczane. Mimo wszystko polecam tę książkę, nie tylko jako solidny punkt wyjścia do poznania militarnej historii Bizancjum, ale również ze względu na unikalne podejście do tematyki. „Wojny Bizancjum” polecam także dlatego, że Haldon pisze prawie tak dobrze, jak nasz nieżyjący już profesor Wieczorkiewicz – a to naprawdę duży komplement.


Tytuł: Wojny Bizancjum
Autor: John Haldon
Tłumaczył: Norbert Radomski
Wydawca: REBIS
Data wydania: 26.03.2019
Ilość stron: 276 (brak reklam)
ISBN: 978-83-8062-474-0


* Choćby taki Gajusz Juliusz Cezar i jego „Wojna galijska”.
**Zwani najczęściej popularyzatorami historii.
*** Tacy łysiejący i silący się na dowcip, z chorym błyskiem w oku, są najgorsi.
**** Tego „zjawiska” chyba komentować nie muszę.
***** Ten akapit to najlepszy przykład równowagi w przyrodzie. Było „niestety”, jest i „na szczęście”.
****** Nie od dziś wiadomo, że wystarczy odejść o rzut beretem od miejsca, w którym się stoi, żeby geografia się zmieniła. Biorąc pod uwagę, że jeszcze nikomu mądremu tego zjawiska nie udało się logicznie wyjaśnić, zapewne w grę wchodzi magia.
******* W pierwszych polskich wydaniach używano anglojęzycznej transkrypcji nazwiska autora – Sun Tzu. A w ogóle to głupie pytanie było. Przecież każdy czytał ten traktat.
******** Wink.
********* No dobra, z tymi namiotami to może i ździebko przesadziłem.
********** A gdy nie było dostępu do transportu wodnego, miasta powstawały tam, gdzie była wystarczająca ilość ziemi uprawnej, która mogłaby wyżywić mieszczuchów. I gdy klimat się zmieniał, ludzie się przenosili i miasta popadały w ruinę. Najlepszy tego przykład to dziesiątki zapomnianych miast na Bliskim Wschodzie oraz północnych wybrzeżach Afryki. Te ostatnie jeszcze w czasach Rzymian były zielone (były dla Rzymu głównym źródłem oliwek i drugim, po Egipcie, zboża), ale przez ostatnie dwa tysiące lat uległy postępującemu pustynnieniu.
*********** Dopiero prawie na samym końcu książki możemy się dowiedzieć, że nie prędzej niż w XI wieku, blisko pięćset lat po przyjęciu się w Bizancjum strzemion, zaczęto używać ciężkiej jazdy do wykonywania szarż przełamujących pozycje wroga. Wcześniej nawet uzbrojeni w kopie katafrakci używani byli głównie do walki pozycyjnej.
************ Pewnie ze względu na słabą przenośność takich urządzeń ludzkość zapomniała o nich aż do drugiej połowy XX wieku.