Kogut i lis

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Ragnarök był dla niej zbyt odległy. Jej ramiona drżały, gdy wznosiła misę milimetr wyżej, trzymała ją sekundę dłużej.

– Musisz mi pomóc – wyszeptała, patrząc jedynie na misę. Kątem oka ujrzała rude futro. Część jej duszy, symbol tego, kim była, kim mogła być, gdyby Loki nie był jej całym światem. – Musisz zabić jedno z tych cholernych kurcząt.

Trzy koguty, których pienie rozpocznie Ragnarök. Albo śmierć jednego z nich rozpocznie Ragnarök. Pieśń Wölwy nie była tak dosłowna, jak niektórzy uważali, a Sygin nie dbała o szczegóły. Jeśli jej lis zdoła choćby sprowokować koguty do pienia? Bogowie ruszą do walki z przeznaczeniem, a Loki będzie wolny.

– Idź. Gdy świat spłonie, nadam ci imię.

Każdy krok, który oddalał lisa od Sygin, niósł nowe myśli, świadomość, tworzył osobę, której nie było jeszcze oddech temu. Lis pamiętał miłość i poświęcenie, radość i żal, cudze emocje, obce myśli. Ale pamiętał też jak tańczył z fylgjur Herthy, jak ze srebrzystymi lisami Skadi krzesał na niebie iskry i budził do życia zorze. Z każdym krokiem było ich w pokrytym rudym futrem ciele coraz bardziej dwoje. Potrząsnął głową, pragnąć usunąć z niej nie swoje myśli. Jeden cel. Jedna dusza. Niczym ruda strzała pomknął na północ, ku wejściu do Hel.

Przydymiona czerwień piór bezimiennego strażnika Hel lśniła wśród dymu i sadzy. Lis przypadł do ziemi, powoli badając teren i planując atak. Bo, choć istniał zaledwie od chwili, to doświadczenie i życia, które płonęły w jego krwi, czyniły go odwiecznym. Łowcą. I myśliwy w nim wiedział, że kogut nie będzie łatwym celem.

Bezimienny kogut spał z głową ukrytą pod rdzawym skrzydłem. Lis zbliżył się powoli i skoczył wysoko w powietrze planując lądowanie tak, by pod przednimi łapami znalazła się szyja koguta. Coś jednak wydarzyło się, coś zmieniło się, bo lisie łapy uderzyły o spaloną ziemię, a oburzone „Kodak!” poruszyło śpiące echa.

Czarne koraliki ptasich oczu lśniły gniewem. Czerwony grzebień zdawał się płonąć, a rdzawe pióra na szyi ptaka sterczały bojową kryzą.

– Nie stchórzysz. – Lis westchnął.

– Dlaczego miałbym? – Głos koguta był zachrypnięty, nieużywany.

– Drób nie jest szczególnie odważny. Tak mi mówiono – zastrzegł lis.

– Może gdybyś zakradł się do Kambiego. Napasł się strzegąc Walhalli, stracił ducha. Albo Fjalar, ten boi się własnego cienia. Ja nie walczyłem od eonów. – Kogut nastroszył pióra na szyi nieco bardziej, drapnął stalowym szponem pokryty popiołem obsydian. – Gotów?