Sekret

Ocena: 
0
Brak głosów

Kiedy pojawiła się u szczytu schodów, z piersi wszystkich zebranych wyrwało się westchnienie zachwytu. Jej wysadzana diamentami tiara płonęła w świetle kryształowych żyrandoli. Ciężkie kolczyki tańczyły przy każdym ruchu głowy, rozsyłając po sali drgające ogniki. Wszyscy wznosili zachwycone oczy ku górze, obserwując, jak ta niemalże niebiańska istota powoli zstępuje ze swych wyżyn. Mniej więcej w połowie drogi uniosła dłoń do kołnierzyka wyszywanej złotem pelerynki i z wystudiowaną nonszalancją odpięła parę najwyższych guziczków, ukazując kilka rzędów wplecionych w misterny naszyjnik diamentów – ile więcej drogich kamieni skrywało się wciąż pod salopką?

Młody, ubogo ubrany mężczyzna zepchnięty przez falujący w ekscytacji tłum niemal pod samą ścianę, bezwiednie uniósł dłoń w stronę niewielkiej broszki, którą miał wpiętą we włosy. Zdobiło ją ledwie kilka diamentów – nie należał do rodziny o zbyt długiej historii. Był obecny przy kremacji niemal każdego ze swych przodków. Patrzył, jak ich ciała czarnieją w płomieniach, po czym pozostały po nich szary proszek, powoli, pod naciskiem niewyobrażalnego wręcz ciśnienia, oczyszczany przez szalejący ogień, zamienia się w diament…

Kiedy przesuwał opuszkami palców po swej skromnej kolekcji antenatów, tuż obok rozległo się parsknięcie. Sądząc, że to oznaka pogardy wobec mizerności jego rodowodu, odwrócił się gwałtownie, mając zamiar natychmiast domagać się satysfakcji. Stojący obok starszawy mężczyzna nie patrzył jednak na niego. Jak wszyscy inni, również on kierował swój wzrok na ich gospodynię. Jednak wyczuwając, że ktoś go obserwuje, odwrócił się i spojrzał na młodzieńca.

– Wiesz, że to fałszywki? – wyszeptał konspiratorskim tonem.

– Znaczy się co? – Zdezorientowany chłopak patrzył to na stojącego przed nim mężczyznę, to na błyskającą co chwila ponad głowami zebranych tiarę – oszałamiające wejście właśnie dobiegło końca i kobietę natychmiast otoczył tłum wielbicieli.

– Diamenty. Cała tiara, tak samo zresztą jak ten jej naszyjnik.

– Jak to fałszywki? – wydusił wreszcie młodzieniec. Był tak zdumiony, że ktoś mógł wystosować podobne oszczerstwo pod adresem kobiety, z miłości do której umierał od kilku miesięcy, że wszystko mu się w głowie pomieszało i zamiast rzucić bezczelnemu rękawicę w twarz, zaczął wypytywać o szczegóły. – Znaczy się… podrobione? Szkiełka zwykłe?

– Nie, w żadnym wypadku. To najprawdziwsze diamenty.

– Czyli… wykopane? Naturalne. To nie przodkowie?

– Nie, to są przodkowie, jak najbardziej. Ale nie jej.

– Nie jej?! – wykrzyknął młodzieniec ściągając na siebie kilka gniewnych spojrzeń. – Jak to nie jej? – powtórzył już ciszej, nachylając się do starszego mężczyzny. – To skąd ona niby tylu ich…?

– Ukradła.

Młodzieniec aż zaniemówił. To było nie do pomyślenia – jak ktokolwiek mógłby przywłaszczyć sobie cudzych przodków. Jego dłoń znów bezwiednie powędrowała w stronę broszki i zaczęła gładzić wszystkie diamenty po kolei, jakby chciał je uspokoić, że nigdy nie spotka ich podobna niegodziwość.

– Ale jak? Przecież ludzie musieli zauważyć. Ktoś musiał zgłosić zaginięcie…

Mężczyzna pokiwał smutno głową.

– Mówią, że zbierała je w czasie wojny… Włóczyła się po spalonych dworach… Rewolucjoniści mordowali całe rody… Stare rodziny… Ponoć grzebała też w mogiłach…

Ale skoro ludzie o tym wiedzą, to czemu nikt nic nie przedsięweźmie? Dlaczego nikt jej nie zdemaskuje, nie odbierze…?

– Czy nie zauważyłeś, że jej tiara wciąż rośnie? Podobnie zresztą jak naszyjnik.

– No i co z tego?

– A to, że albo jej krewni wyjątkowo szybko umierają, albo…

Młodzieniec przez chwilę tępo wpatrywał się w rozmówcę. Kiedy zrozumiał, jego oczy rozszerzyły się w wyrazie niedowierzania.

– Ale… Cóż za perfidia… – wyszeptał ledwie dosłyszalnie, czując, jak zaciska mu się gardło.

Jeśli takie rzeczy działy się w świecie… Za jednym zamachem stracił ideał kobiety i wiarę w ludzką przyzwoitość. Nie mówiąc już o tym, że bycie posiadaczem takiej wiedzy było, jak widać, bardzo niebezpieczne…

Pozostawiony sam na sam ze swoimi myślami przez swego rozmówcę, snuł takie smutne rozważania. Tymczasem przypadek sprawił, że kaprysy tańca poprowadziły gwiazdę wieczoru w jego stronę, tak że nagle znalazł się z nią niemal twarzą w twarz. Z tej odległości tiara oślepiała, jakby jarzyła się własnym światłem. Widoczny teraz w całej swej okazałości misterny naszyjnik wydawał się peleryną z łez, która szeroką falą opinała jej zgrabne ciało.

Jego wzrok powędrował ku górze i na ułamek sekundy ich spojrzenia spotkały się. Nigdy wcześniej nie był na tyle blisko, by móc dojrzeć jej oczy, jednak teraz… Były jakby martwe, niemal całkowicie białe i ledwie sugestia błękitu zarysowywała granicę tęczówki. Pałały przy tym nienaturalnym, zimnym blaskiem i młodzieńcowi wydało się, że nie patrzy w oczy, ale najczystsze diamenty.