Świat miniony – Tom Sweterlitsch

Bednarski też by tak chciał

Hubert Przybylski

Raz na jakiś czas nachodzi mnie, żeby przeczytać sobie książkę albo obejrzeć jakiś serial czy film z gatunku zwanego kryminałem*. I różnie się to kończy. Niekiedy nabieram chęci na więcej tego typu rozrywki, a czasami tracę wiarę w potęgę ludzkiego rozumu** i kryminały przestają dla mnie istnieć na miesiące i lata. Co prawda już się nauczyłem, że dobry serial kryminalny nie może mieć więcej niż osiem czy dziesięć odcinków, a w kwestii filmów ostatnimi czasy najmniej obrażają mój wątły intelekt kryminały hiszpańskojęzyczne, ale jeśli chodzi o książki, wciąż jestem w punkcie wyjścia. Czy lektura najnowszej powieści Toma Sweterlitscha, „Świat miniony”, coś w tej materii zmieniła? O tym za chwilę.

Gdyż albowiem najsampierw wspomnieć wypada, o czym traktuje ów „Świat miniony”. A jest to historia okropnej zbrodni i śledztwa prowadzonego przez agentkę NCIS***, Shannon Moss, która wykorzystuje, między innymi, podróże w przyszłość. Żeby nie było za nudno – przestępstwo jest powiązane z przeszłością naszej bohaterki i zaginięciem okrętu kosmicznego, a ludzkość staje na krawędzi nieuchronnej zagłady. Normalnie zdrowo jak się nie obrócić, tak schaby z tyłu.

Wiem, że po takim wstępie pomyśleliście sobie „Ale za momięcik Nieświeć zjedzie książkę”. A tu niespodzianka. Nie zrobię tego. No, może tylko ździebko. Sweterlitsch umie pisać i tu przyczepić się nie ma za bardzo do czego. Wizje przyszłości i sposób, w jaki przedstawia podróżowanie przez anomalię okazały się ciekawe i, co ważne, mało bełkotliwe. Sposób poprowadzenia fabuły (i to mimo tego, że w już prologu spalił część zagadki) czy dialogi są bardzo dobre. Jego postacie są wyraziste i wiarygodne, solidnie obudowane warstwą obyczajową powieści. Przesadził jedynie w kwestii traum głównej bohaterki. Ja wiem, że teraz PTSD jest najmodniejszym wątkiem fabularnym świata, ale kaleka agentka specjalna w jednym za ciasnym buciku to już przesada****. Nawet w skandynawskich kryminałach noir główni bohaterowie nie są tak straumatyzowani. Wszystkie inne postacie z książki kupuję z chęcią, ale nad Moss się ciągle zastanawiam.

Odnośnie do fabuły mam kilka zastrzeżeń, ale problem w tym, że omawiam kryminał i każda próba umotywowania zarzutu wobec autora skończyłaby się spoilerami, w nieco bliższej przyszłości paleniem krzyży przed moim domem, a w nieco dalszej udanymi próbami wręczania mi w ciemnych bramach gratisowych cegieł*****. Dlatego przyczepię się tylko do jednego, który jest już zasygnalizowany na okładce książki. A mianowicie, główna bohaterka podróżuje w przyszłość, żeby ruszyć śledztwo z miejsca. A tam co robi? Sprawdza dokumentację sporządzoną na zakończenie śledztwa. Ręce opadają. Normalny zdrowy facepalm. Mimo motywu, jaki nią kierował. Rozumiem, że to wpisuje się w trend obsadzania w rolach agentów, policyjnych dochodzeniowców i innych pi-ajów coraz większych głąbów******, ale kiedyś zwyczajnie wypadałoby choćby spróbować zacząć się hamować. Dawno temu głównymi zaletami inwestygatorów były muskuły, odpowiedni zestaw narzędzi plus rozżarzone węgle i, oczywiście, mocny żołądek. Potem ludzkość się cywilizowała, śledczy zaczęli używać rozumu, ale tak jakoś w drugiej połowie XX wieku, kiedy wymyślono waterboarding, schody w aresztach, gierki na smartfony *******, daktyloskopię********, balistykę*********, te wszystkie inne skopie i styki, a rozum znów poszedł w odstawkę. Gdzie są ci wszyscy śledczy na miarę Herlaka Szolmsa – inteligentni, spostrzegawczy, niełatwowierni, elokwentni, śmiali, praktycznie pozbawieni nałogów********** – ja się pytam?!

W sumie to jest jeszcze jedna kwestia, której w podróżach w czasie w tej książce nie rozumiem. Autor mówi, że nie można się cofać w czasie. Można tylko podróżować w przyszłość, więc  wysyła agentów w przyszłość. A potem każe im z tej przyszłości wracać, przywożąc wspomniane wyniki śledztw czy technologie. Tylko czy powrót z przyszłości nie jest normalną zdrową podróżą w przeszłość? Przecież gdy wędrujemy w przyszłość, to automatycznie zmienia się ona w teraźniejszość. To nie jest tak, że ktoś z góry/dołu/boku/chmurki/innego wymiaru/otchłani piekielnych niby wyznacza punkt, w którym jest nasza jedynie słuszna teraźniejszość.

Moja ocena? 6/10. „Świat miniony” jest sprawnie napisany, czyta się go błyskawicznie, ale kilka pomysłów fabularnych, rozwiązań technicznych i postać głównej bohaterki zepsuły mi odbiór całości. Jeśli ktoś jest miłośnikiem „12 małp” i „Incepcji”, to pewnie będzie miał bardziej pozytywnie subiektywną ocenę niż moja, ale nie przyjmowałbym tego za pewnik, bo przynajmniej pierwszy z tych filmów był ździebko mądrzejszy. I nie wiem, czy jest sens w sugerowaniu się spisami najlepszych książek robionymi rokrocznie przez A.V. Club. Myślę, że typowy polski czytelnik ma jednak ździebko lepszy gust i więcej rozumu niż typowy amerykański czytelnik.

PS. A Bednarski też by tak chciał, bo to jedyny znany mi wymyślony detektyw, który tak bardzo uwielbiał leserstwo, kombinatorstwo i chodzenie na skróty.


Tytuł: Świat miniony
Autor: Tom Sweterlitsch
Tłumaczenie: Mirosław P. Jabłoński
Wydawca: REBIS
Data wydania: 04.06.2019
Ilość stron: 416 (zero reklam)
ISBN: 978-83-8062-478-8


* Dlaczego ten gatunek beletrystyki nazywa się tak, jak potocznie grzeczna nazwa więzienia? Czyżby te historie wymyślali sami kryminaliści?

** Na szczęście nigdy nie tracę wiary w Potęgę Posępnego Czerepu.

*** Rodzinom i bliskim wszystkich, którzy oglądają serial, składam serdeczne wyrazy współczucia.

**** Zwłaszcza że nawet Wujek Sam nie dopuściłby takiej agentki do najczarniejszej pracy „w polu”, często pod tak zwaną przykrywką, czy do wybitnie niezdrowych podróży w czasie.

***** Już taki ze mnie zboczeniec, że gratisom nie odmawiam.

****** I Colina Farrella.

******* Podstawowe narzędzie pracy policjanta. Znaczy gierki, nie smartfony.

******** Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się to z Bliskim Wschodem i wielbłądami. Tylko na co komu wiedza jak odróżniać jeden daktyl od drugiego? Wszystkie są tak samo pieruńsko słodkie i lepiej nimi nie zagryzać Benediktinasa. No chyba że ktoś chce zmienić klimat na ździebko bardziej łotewski.

********* Wyjątkowo durny wynalazek w czasach gdy praktycznie nikt już nie używa balist. No chyba że ostatnio ktoś gdzieś komuś zrobił balistą kęsim, a ja to przegapiłem.

********** Choć akurat w czasach mojej młodości umiejętność gry na jakimś instrumencie poważnie podnosiła atrakcyjność osoby względem tak zwanej pełci przeciwnej. No chyba że to był klarnet. Nikt nie lubi ludzi grających na klarnecie.