Invictus – Marcin Ciszewski

Byśmy dwa takie mieli…*

Hubert Przybylski

Dawno, dawno temu miałem taką fazę, że czytałem wszystko, co dotyczyło wojennych zmagań na morzach i oceanach. Czy to była beletrystyka, czy dokument, czy wydarzenia rozgrywały się w epoce żaglowców, w czasie królowania drednotów, czy też na moim ulubionym Pacyfiku w latach 1941 – 1945 – nieważne. Ważne żeby były okręty i dzielni marynarze. Z notki o Marcinie Ciszewskim wyczytałem, że on też miał podobną fazę, z fascynacją tematyką drugowojennopacyficzną włącznie. I w sumie to mocno zastanawiające, że dopiero po latach i kilkunastu wydanych książkach zdecydował się sięgnąć do wojenno-morskich klimatów. Czy Invictus, wynik owego sięgania, jest równie dobry, jak poprzednie książki Ciszewskiego? O tym za momencik.

Gdyż albowiem najsampierw tradycja i w ogóle, czyli wprowadzenie do fabuły powieści. Rzecz dzieje się na alternatywnej wersji Ziemi. Sowieci wygrali Bitwę Warszawską w 1920 roku i bez większych problemów zajęli całą kontynentalną Europę, a później również Wielką Brytanię. Jest rok 1941. Japonia atakuje zdradziecko Amerykę, gdy ta szykuje się na przybycie gigantycznej sowieckiej floty inwazyjnej. Opóźniona technologicznie względem sowieckiej, zdziesiątkowana w czasie walk o Wielką Brytanię i ataku na Pearl Harbor amerykańska flota musi zmierzyć się z wielokrotnie większymi siłami najeźdźcy. Jej jedyną nadzieją jest największa pomyłka amerykańskiej administracji – wypierający 220 tys. ton** nieukończony pancernik USS „George Washington” i jego nowy, upokorzony przez przełożonych i złamany osobistą tragedią dowódca, który był i jest największym przeciwnikiem budowy kolosa.

Tak w sumie, to powinienem od razu wyżyć się, a może i ździebko popastwić*** nad książką i autorem, gdyż okręt wypływa w morze dopiero w drugiej połowie Invictusa, a sama ostateczna bitwa, ku której zmierza fabuła, to niecałe sto stron (z prawie pięciuset). Granda. Normalna zdrowa granda. Znaczy, granda by była, gdyby Ciszewski tak świetnie nie przeprowadzał czytelnika przez wydarzenia ostatnich lat i miesięcy. Mamy historię światowego konfliktu. Intrygi polityków, jak i w naszej rzeczywistości częściowo głupich, częściowo chciwych, a częściowo przekabaconych na stronę Sowietów. Ci ostatni mącą także w związkach zawodowych, organizacjach pozarządowych****, światku przestępczym, organizują akcje sabotażu i zamachy. Poznamy życie głównego bohatera, wiceadmirała Franka Brattena, może nie całe, ale najważniejsze kamienie milowe jego żywota, którego większość spędził na walce, mniej lub bardziej otwartej, z Sowietami. Z nim związany jest też wątek obyczajowy powieści, gdyż Bratten zmaga się z poczuciem winy po tragicznej śmierci swojej żony, a przed wyruszeniem w samobójczą, jak uważa, misję chce zabezpieczyć swoją córkę od piekła życia w komunistycznym państwie.

Autor nie zapomniał o szczegółach i szczególikach, logicznych ciągach przyczyn i skutków, które są fundamentem każdej dobrej historii alternatywnej. Co prawda tutaj starczyło miejsca jedynie dla kilku kwestii, głównie wojenno-naukowych, ale i tak daje to czytelnikowi solidne poczucie zakotwiczenia się w opowieści. Troszkę szkoda, że autor nie poszedł w tym na całość, jak S.M. Stirling w kapitalnym Szturmie przez Gruzję, ale i tak nie jest źle. Tym bardziej że w powieści mamy kilka polskich wątków, pojawiają się znane postacie, jak Stanisław Skalski czy Jadwiga Piłsudska, które sprawiają, że robi się swojsko.

Czy mam się do czego przeczepić? Chyba tylko do wątków sowieckich. Autor przedstawia nam sylwetki kilku bojców, mocno skrótowo, żeby nie powiedzieć „po łebkach”, często dorzucając uwagę, że „później to się będzie działo”, a potem figa – nic się nie dzieje, Sowieci giną gdzieś na siódmym planie akcji i cisza. Normalne zdrowe obiecanki-macanki. No chyba że to były jakieś ździebko obszerniejsze wątki, tyle że w redakcji je okrojono, gdyż książka była zbyt obszerna. W każdym***** razie daleko tym wątkom do podobnych, na przykład w cyklu Czerwona ofensywa Langenfelda, gdzie postacie drugo- i trzecioplanowe były pełnokrwiste, niezależnie od tego, po której stronie konfliktu stały i o żadnym traktowaniu po macoszemu nie było mowy.

Moja ocena? 8.5/10. Książka jest solidnie długa i świetnie się ją czyta, choć z malutkimi zgrzytami. Mam nadzieję, że jest wstępem do jakiejś większej całości i że za kilka miesięcy poznamy dalsze losy Brettona i innych. Aha, choć Invictus to prawie pięćset stron, to czyta się go błyskawicznie. Trzeba jedynie uważać na plaży, bo gdy człowiek wsiąknie w opowieść, to łatwo się solidnie przypiec. I potem trzeba wysłuchiwać uwag w stylu „o, ktoś tu świeżynkę smaży” albo bardziej bezpośrednie – „przewróć pan karczek, bo się przypala”…******


Tytuł: Invictus
Autor: Marcin Ciszewski
Wydawca: WARBOOK
Data wydania: 19.06.2019
Ilość stron: 496 (w tym kilka reklam)
ISBN: 978-83-65904-40-9


* Co prawda w „Szeptance”, najsłynniejszym monologu Bohdana Smolenia będącym fragmentem przedstawienia „Na chorobowym” z festiwalu opolskiego w 1984 roku (stworzonego przy współudziale kabaretu Pod spodem – ta sama ekipa wzięła udział także w przedstawieniu Krzysztofa Deszczyńskiego pt. „6 dni z życia kolonisty”), była mowa o czołgu Rudy 102, ale i tak cytat pasuje.

** W naszej rzeczywistości największe wybudowane pancerniki, japońskie „Yamato” i „Musashi” (występujące w książce), miały nieco ponad 70 tys. ton.

*** Pozostanę przy tej wersji, bo napastwianie i wypastwianie kojarzy mi się z kozami i pastwiskiem.

**** Ech te feministki…

***** Bądź.

****** Ta nasza cudowna, staropolska życzliwość…