Niespodzianka

Ocena: 
0
Brak głosów

Wydarzyło się to, gdy Gienio wracał z knajpy do domu. Może i był trochę zalany, ale ten fakt nie miał tu akurat żadnego znaczenia. Jego stara furgonetka skręcała już z szosy w  polną drogę, prowadzącą do wsi, gdy nagle... BUM! Błysk, huk, świst... wielka jasność... i cisza. Ciemność bez dna ogarnęła Gienia. Gdy się ocknął, był już w tym kojcu. Ile czasu w nim spędził, też nie potrafiłby powiedzieć. Z początku próbował liczyć czas, jednak dni i noce zlewały się ze sobą w półmroku, w jakim go trzymano – przykutego łańcuchem do ściany. Przychodzili do niego, by go karmić. Jakieś dziwne istoty, ni to ufoludki, ni to małpy człekokształtne w przebraniu. A może i bez przebrania. Gienio tego nie dociekał. Myślenie nie było jego najsilniejszą strona. Miotały nim za to najróżniejsze emocje: wściekłość, strach, wreszcie pokora, granicząca niemal z miłością. Dawali mu jeść, a więc nie chcieli go skrzywdzić. Może go nawet lubili... na swój sposób? Przecież byli dla niego dobrzy. Jedzenie nie było smaczne: jakaś papka bez smaku. Genio marzył o krwistym steku albo o kawałku zgrillowanej kiełbachy, popijanej zimnym piwkiem. Ale nic to, może kiedyś. Na pewno go w końcu uwolnią. Na pewno trzymają go tu dla jego dobra. Na pewno. Na razie papka trzymała go przy życiu, a to w końcu było najważniejsze – chciał żyć. Trzymał się życia, trzymał się nadziei. Z czasem zaczął witać swoich opiekunów radośnie i szczerze, zagadywać, mizdrzyć się do nich. Tęsknił za ich widokiem. Za ich obecnością. Gdyby nie łańcuch, rzucałby się im na szyję... 

Pewnego dnia nastąpił przełom. Wyprowadzono go – wciąż na łańcuchu – i zapakowano do furgonetki. Jazda nie trwała zbyt długo. Auto zatrzymało się mniej więcej po kilkunastu minutach i Gienia wyprowadzono. Ujrzał przed sobą niewielki placyk i brzydki barak. Odetchnął głęboko świeżym powietrzem, pełen poczucia tkliwej wdzięczności i oddania dla opiekunów –  dopóki nie usłyszał dochodzących z budynku przerażających krzyków i pełnych bólu jęków. Naraz wyczuł też w powietrzu słodkawy odór krwi. Chciał się wyrwać, gdy jeden z opiekunów szarpnął łańcuchem, kierując go do wejścia. Wrzasnął: 

 – Co jest, kuźwa, grane?! 

Dostał jednak bacikiem po plecach i zamilkł, zdjęty paniką. Nad drzwiami baraku dojrzał lekko zatarty napis:

PUNKT SKUPU ŻYWCA.