Co by było, gdyby - Y2k - problem roku 2000

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Gdy rok wcześniej nad Piazza del Popolo w Rzymie eksplodowały fajerwerki, a zgromadzony tłum radośnie witał nowy rok 1999, zaledwie kilka kilometrów od miejsca wielkiej fety panował nastrój skrajnego napięcia graniczący z paniką.

– Zapewniam! Robimy, co możemy, ekscelencjo.

– Tyle wysiłków. Tyle zasobów. I mówisz, że wszystko, do czego jesteśmy zdolni, to zawartość tego raportu?

– Robimy, co możemy – powtórzył wysłannik, spuszczając wzrok.

– Czytaj dalej. Albo lepiej siadaj wreszcie po ludzku i streść mi to wszystko normalnym językiem.

– Momencik. – Mężczyzna usiadł przy antycznym biurku. Zapalił lampkę i chwilę w skupieniu przewracał strony raportu.

– Czterystu pięciu zamknięto w szpitalach psychiatrycznych – zaczął, wciąż jeszcze biegając wzrokiem po tekście.

– W sumie ciężko się dziwić. Pytanie, dlaczego ich nie wyciągaliście. Normalną reakcją władz teraz będzie kierowanie na leczenie, z drugiej strony nawet nie chcę myśleć, że w średniowieczu być może sami spaliliśmy...

– Bardzo często nim do nich docieramy jest już za późno. Dostają leki, trafiają na terapie.

– A w przypadkach, gdy dotarliście na czas?

– Akurat ci okazywali się najczęściej zasadnie zamknięci. – Widok palca świdrującego skroń i cichy gwizd posłużył ekscelencji za puentę.

– Dalej?

– Nie mamy dokładnych danych, ale szacujemy, że około dwustu trzydziestu zginęło przedwcześnie. Chodzi głównie o wypadki komunikacyjne: samochody, pociągi, tramwaj, metro, rower. Tutaj mam nawet dwa przypadki na promie i jeden zdaje się … na deskorolce? Tak.

– Deskorolkowiec? Dopiero by było! – prychnął ekscelencja.

– Dalej sytuacja nie wygląda lepiej. Kilkudziesięciu po prostu zrezygnowało po drodze. Ci akurat z własnej woli. Najczęściej chodziło o kobiety. Poukładali sobie życie, założyli rodziny i żyją.

– I żyją... – westchnął ekscelencja, kręcąc z rezygnacją głową.

– Próbowaliśmy ich przekonywać, ale...

– Nawet mi nie przypominaj. Dalej?

– Dalej było kilku naprawdę obiecujących. Dobre okoliczności, świetny start. Wszystko szło świetnie.

– No i co?! Właśnie o nich przecież chodzi!

– Tutaj ekscelencjo mamy do czynienia wyraźnie z tym, no, z obcym wpływem. Kilku zrezygnowało z dnia na dzień. Kilku po prostu zniknęło. Dotarłem do jednego, który zgodził się mnie przyjąć na swoim jachcie u wybrzeży Kostaryki.

– Jachcie?

– Absolutny luksus, piękne kobiety, służba, bogactwo. Kazał przekazać, że on to wszystko...

– Przekupiony. – Ekscelencja, zwiesił głowę w geście ostatecznej rezygnacji.

– Niemal na ostatniej prostej. – Potwierdził wysłannik.

– Mamy zatem trzysta pięćdziesiąt dni do końca drugiego millenium i zapowiada się, że będzie kompletna...

– Jest jeden człowiek. – Wysłannik uniósł pojedynczą kartkę papieru. Arcybiskup podniósł głowę. –Wszystko jak trzeba. Wszystko się zgadza...

Twarz pryncypała pojaśniała, wyprostował się w fotelu, poprawił mankiety.

– Więc jednak! – rozpromienił się.

– Urodzony w slumsach Johannesburga. Pochodzenie i rodzina pasują idealnie. Dzieciństwo i młodość również rokują znakomicie.

– Czułem, że trzymasz asa w rękawie.

– Wszystko wedle planu. Obserwujemy go dzień i noc. Pilnujemy. Znalazł już sobie apostołów i wygląda na to, że się uda.

– Dzięki opatrzności! Nadejście mesjasza ziści się wedle obietnicy! Dlaczego nie zacząłeś od razu od tak cudownych wieści!?

– Jest jeden problem.

– Problem?

– On jest czarny.