Echo

Ocena: 
0
Brak głosów

Majka przestrzegała go, żeby z tym nie igrał. Przed pójściem spać wygłosiła mu kazanie tym swoim wysokim, pretensjonalnym głosikiem na temat niebezpieczeństw tego, co niezbadane. Że „ciało astralne” to w zasadzie to samo, co „dusza”, a duszy nie powinno się pod żadnym pozorem oddzielać od ciała. Że byłby to gwałt na ludzkiej naturze.

Powtarzała mu to z troską, jego własna żona. Ale on jej nie posłuchał; musiał spróbować. Dlatego, gdy tylko usnęła, zaborczo ściągając z niego kołdrę, zapuścił sobie na słuchawkach zapętlone „Echoes” Floydów, ułożył się nieruchomo z dłońmi na kołdrze i pozwolił umysłowi odpłynąć ku szerokim morzom transu.

Paraliż pełzł po jego ciele wolniutko niczym lód skuwający sadzawkę, rozchodzący się od brzegów coraz dalej i dalej, aż do środka, tak, że wkrótce zostało z niego tylko wyrywające się z piersi serce.

Wsłuchał się w jego rytm i przy kolejnym uderzeniu wyrwał się wraz z nim. Radośnie wyskoczył z cielesnej powłoki, wolny jak ptak, lekki jak piórko.

I wtedy okazało się, że Majka miała rację.

Albowiem na drodze wyjazdowej z własnego ciała minęło go mknące drugim pasem chłodne COŚ. COŚ zmierzające w przeciwnym kierunku.

Okręcił się w powietrzu – maleńka, nieforemna kulka świadomości – i z niepokojem „spojrzał” w dół. To, co „zobaczył”, pod żadnym względem nie przypominało ilustracji w podręcznikach o ezoteryzmie, którymi tak się zaczytywał.

Jego powieki nie były wcale błogo przymknięte. Rozkleiły się nagle, ukazując straszne, przekrwione białka.

Jego ciało wcale nie leżało sztywno jak kłoda. Uniosło się z trzaskiem kręgosłupa, spuściło stopy w kapcie i wstało z łóżka, jak gdyby ironicznie, lewą nogą.

Jego ducha wcale nie wypełniał błogi spokój i poczucie, że może wszystko. Trząsł się jak liść na wietrze i patrzył bezradnie, jak jego opętana kopia, jego zły brat bliźniak, rusza krokiem zombi do kuchni i powraca, dzierżąc wielki, lśniący nóż do mięsa…

W słuchawkach z dyndającego na kablu iPoda wciąż sączyło się „Echoes”, przepełniało go dziwnym drżeniem:

Strangers passing in the street

By chance two separate glances meet

And I am you and what I see is me

Chciał krzyczeć, ale nie był w stanie dobyć z siebie głosu.

Uśmiechając się paskudnie, sobowtór obszedł łóżko i stanął za Majką. Poruszyła się niespokojnie, jak gdyby wyczuwając przez mgiełkę snu, że coś jest nie tak. Być może znów śnił jej się ten koszmar ze ścigającym ją stadem wilków. Może tym razem to były krokodyle. Nie wiedział.

Dziki lokator jego ciała uniósł pod sufit niewidzący, biały wzrok; tak jakby wiedział, że właśnie tam unosi się on – skulona w kłębek świadomość.

Chwilę później uniósł też nóż.

Krew buchnęła z Majki w rozbryzgach, zaplamiła ściany. W ciemności, jak wszystko inne, zdawała się czarna, ale potrafił sobie wyobrazić jej żywotną czerwień spływającą po starej tapecie.

Dosłownie tydzień temu mówił jej, że chciałby przemalować sypialnię na szkarłat. Kolejna ironia. Kolejny żart losu. Wszystko dlatego, że jej nie posłuchał. Że opuścił swoje ciało, nie myśląc o konsekwencjach.

A teraz leżała tam blada, nieruchoma, przebijana kolejnym brutalnym pchnięciem aż po rękojeść. Jej ciało, jego ciało – oba bezpańskie – tonęły w ciepłej posoce: pionki na szachownicy w rozgrywce pierwotnego zła, które czyhało gdzieś na skraju świadomości na każdego głupca takiego jak on.

Czekał. Z rozharatanej piersi Majki wydarła się w końcu na wolność bezkształtna masa światła. Dobrze wiedział, czym była. Uczepił się jej jak rzep. Poczuł ulgę, gdy wypełniło go znajome ciepło i niebiański spokój.

Nie miał już nic na całym świecie. Nie potrzebował już swego ciała.

– Chodźmy – wyszeptała.

Razem pofrunęli w wieczny sen z daleka od koszmaru.

I tylko echo piosenki nie ucichło.