Kres - konkurs "W poszukiwaniu nieskończoności"

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Radary obwieściły, że koniec jest bliski.

Przez wszystkie monitory w sterówce, od prostych lidarów po skomplikowane polifotointerferoskopy, przebiegała teraz jasna krecha, za którą nie było nic.

Zero absolutne, brak odczytów.

Komputer pokładowy nie wiedział nawet, czego nie może zmierzyć.

Załoga zebrała się przy spektroglasie. Inteligentna tafla kolor-kodującą widma promieniowania w czytelne obrazy prezentowała absolutny brak barw.

Nikt ich nie zatrzymał. Nie przywitał. Żadnego „Gratulacje! Dotarliście do końca Kosmosu”.

Tylko ta nicość.

Czerń.

Całkowite wyciemnienie jak na koniec filmu.

Na wpół spodziewali się, że z dołu ekranu wyskoczą im zaraz napisy końcowe:

Wystąpili

Materia i Energia

Dźwięk i Muzyka

Fale akustyczne

Zdjęcia

Fotony

Produkcja

Big Bang

Pomysł i Scenariusz

Bóg i przyjaciele

Reżyseria

Rozkład prawdopodobieństwa

Tutaj był kraniec wszechświata.

Bezkresny kres tego, co jest.

Ostateczna granica ich dominium.

Bo Kosmos, zdawać by się mogło, oddano im na własność. Cała ta wyprawa miała w zasadzie na celu odszukanie odpowiedzi na jedną, jedyną zagadkę: Czemu wszystkie obce cywilizacje wynoszą się z Rzeczywistości?

Od jakiegoś czasu gatunki pierzchały bowiem jak szczury z tonącego statku każdą dziurą i szparką, jaką tylko mogli: tylnymi furtkami nie-euklidesowych wymiarów, Gwiezdnymi Wrotami, tajemniczymi mostami Einsteina-Rosena. I nawet te mosty palili za sobą, zamykali na klucz wrota i skrupulatnie zaszywali rozdarcia czasoprzestrzeni.

Zupełnie jakby chcieli przekazać coś ludzkości, bez słów, coś w rodzaju:

„Ten wszechświat jest za mały dla nas dwóch”.

„Wyjeżdżamy na wakacje, pa, pa!”

„Pamiętajcie, żeby karmić nasze czarne dziury…”

Ze szwankującymi modułami na ciemną energię ledwie dowlekli się tutaj, do ostatniego w Spisie Powszechnym siedliska Życia. A teraz, niespodziewanie, zamiast przy gwieździe typu widmowego A i roślinnej planetce, skok falowy wypluł ich na granicy wszechistnienia. U progu nicości. Nie próżni, bo próżnię znali przecież dobrze, żeglowali po jej falach od wielu lat, wielu pokoleń; a właśnie nicości – absolutnej, bezatomowej, niematerialnej…

Kapitan chrząknął i odwrócił wzrok.

– Komputer, ponownie przeprowadź skan. Czy planeta jest w naszym zasięgu?

Nie, panie kapitanie. W zasięgu… nie ma nic.

Nawigator mimo wszystkie przejrzał wszystkie możliwe ekrany w poszukiwaniu odpowiedzi, gdzie, u licha, podziała się ta ostatnia planeta; kręcił gałkami, przestrajał czujniki.

A potem zbladł.

Na jego oczach granica ciemności poruszyła się o jedną kreseczkę. Bliżej nich.

– O wielki Plancku, kapitanie! Proszę spojrzeć na te wykresy!

Załoga ścisnęła się przy ekraniku.

– Ciemna energia… ona… przestała odpychać.

– Wszechświat się nie rozszerza. Grawitacja… jest jednak silniejsza. Na jaja Einsteina, Oni wiedzieli! Inne cywilizacje, musieli wiedzieć i dlatego…

– Kurwa mać, to wszystko się zaraz zapadnie!

Pik!

Ściana nicości poruszyła się. Kolejne dwie kreseczki.

Zaczynało się.

Odpalili silniki i wydarli w drugą stronę. Moduł ciemnej energii krztusił się bez paliwa, więc gnali na silnikach atomowych: leniwie niczym kosmiczne ślimaki.

Nie było już nadziei – ani dla nich, ani dla ludzkich kolonii.

Ze wszystkich stron napierały na nich klaustrofobiczne ściany czerni. Pożerająca wszystko nicość z każdą chwilą nabierała rozpędu. Znużona odwiecznym pęcznieniem, pragnęła zwinąć się teraz w przytulną osobliwość stanów splątanych.

Uciekali ku jasnemu jądru galaktyk ile pary w reaktorach, dobrze wiedząc, że ciemność w końcu ich doścignie.

Najpierw ich, a później – wszechświat.