Rzeka traw

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Od małego lubiłem dokarmiać zwierzęta. Teraz młodzieńcza pasja pomaga mi w pracy, takie połączenie przyjemnego z pożytecznym. Tu, w narodowym parku Everglades na Florydzie, znają mnie i szanują. Z wzajemnością. Dzika przyroda wymaga najwyższego szacunku.

- Wiesz, to w rzeczywistości nie bagna, a rzeka. Po prostu tak wolno płynie. Nic dziwnego, ma pięćdziesiąt mil szerokości. Indianie nazywają ją rzeką traw.

- Spierdalaj. - Mój towarzysz nie wykazywał entuzjazmu. A przecież człowiek uczy się przez całe życie.

W pewnym sensie go rozumiałem. Na standardową dietę moich podopiecznych składa się przede wszystkim pokarm mięsny. Niestety sam posiłek rzadko kiedy akceptuje swoją rolę w łańcuchu pokarmowym. Oczywiście nie musi, związany i tak nigdzie nie ucieknie. Zresztą nawet jeśli, to gdzie? W okolicy aż roi się od drapieżników.

Już od dłuższego czasu mijaliśmy kolejne, pokryte mangrowcami wyspy, na których wylegiwały się wielkie gady. Nie zwracały na nas uwagi, grzejąc ogony w promieniach subtropikalnego słońca. Miliony lat ewolucji z całą pewnością uczą cierpliwości. Wyciszyłem silnik, pozwalając łodzi swobodnie ślizgać się po wodzie. Sitowie wyhamowało ją w bezpiecznej odległości od brzegu. Jedna z bestii łypnęła okiem, by następnie pochwalić się stanem uzębienia. Nie tyle z głodu, co z nudów.

- Widzisz? Mój przyjaciel cię pozdrawia. Ukłoń się grzecznie, lepiej go nie drażnić. No, to powiedz w końcu, czym sobie zasłużyłeś?

Możecie to nazwać wścibstwem, ale zawsze o to pytam. Wiedziałem jedynie, że podpadł jednemu z moich dostawców. Pewnie zalegał z długami, ale kto wie, może uwiódł mu córkę, albo przejechał kota. Jak człowiek spędza większość czasu w dziczy, takie życiowe historie nabierają szczególnego smaku.

- Nie twoja sprawa. I tak mnie zabijesz.

- Ja? Skąd. Palca do tego nie przyłożę. Jestem wegetarianinem.

Chyba zignorował tę uwagę. Jego milczenie powoli stawało się uciążliwe.

- Trudno, twoja wola. Jak to szło? Masz prawo nic nie mówić. Chociaż szkoda. Lubię wzruszające historie.

- A na cholerę mi czyjeś krokodyle łzy?

- Mówiłem, że lepiej... - Łódź nagle rozchybotała się, a on zniknął gdzieś w odmętach wody. Z plamy krwi wynurzył się po chwili gadzi łeb.

- Słyszałeś? Krokodyle. Chciał mnie obrazić. Jestem aligatorem i mam swoją godność.

- Na pewno nie miał nic złego na myśli. Smacznego.

- Dziękuję - odpowiedział aligator. Kłapnął paszczą w geście pożegnania, po czym wrócił do przerwanego posiłku.