Czysty i pozbawiony smaku

Ocena: 
0
Brak głosów

Śpiewamy Pieśni Soli.

Sól jest drogocenna i złożona. W przeciwieństwie do chlorku sodu. Chlorek sodu jest chemiczny, łatwy do wytworzenia w procesie próżniowym. Absolutnie czysty, nie ma żadnego smaku.

Sól ma posmak magnezu, wapnia, halogenków oraz siarczanów. Jest także pełna domieszek niezwykle rzadkich pierwiastków, których pragną złodzieje. Obfituje w życie, w drobne organizmy, słonolubne halofile.

Sól rodzi się w oceanach. Jest obecna w naszej glebie, deszczu, wodzie tryskającej ze źródełek. Sól jest wszędzie. Sól jest święta.

Na żebraczych równinach Solnej Świątyni śpiewamy Pieśni Soli.

Świątynna sól uformowała się milion sezonów temu, stanowi ewaporat pradawnego morza. Niezliczone pokolenia rzeźbiły ją metodą komorowo-filarową tworząc świątynię, w której niegdyś oddawaliśmy cześć. Teraz żebrzemy na świątynnych równinach, wszystko z powodu złodziei.

Śpiewamy dopóki nie zbliży się błystka, wywołując solne szkwały, a potem zapada cisza.

Scarlet, 7565-ta Tego Imienia, nowa na równinie, podczołguje się nieco bliżej. Przywiązała się do mnie. Nie mam nic przeciwko temu. Jest poddenerwowana, jej przejrzysty płaszcz mieni się kolorami.

Błystka ląduje. Wysuwa się gruba, metalowa macka trapu.

– Myślę, że będą chcieli, żebym zaśpiewała. Naprawdę tak myślę.

– Uspokój się, Scarlet. Nie będą na razie wybierali. Wpierw odwiedzą Świątynię.

– Tak. Tak, rzeczywiście – potakuje, a jej płaszcz wciąż się mieni, chromatofory przechodzą z umbry w złoto, ze złota w czerwień.

Wyłaniają się złodzieje. Dorosły osobnik płci męskiej oraz młody żeńskiej, jego córka. Córka jest pobudzona, pląsa dookoła na dwóch nogach. Przemawiają swoimi zwyczajnymi, niesłychanie podniesionymi głosami. Stanowią gatunek o kiepskim słuchu. Najgłębszym umysłem kontempluję Pieśni Soli.

Złodziej i jego córka przechadzają się wzdłuż rzędu żebrzących. Obracam jedną soczewkę oczną w ich kierunku, uwagę trzeciego umysłu koncentrując na reszcie.  Żebrzę od trzydziestu sezonów, a jednak widok złodziei wciąż mnie zdumiewa. Scarlet rzecz jasna skupiła na nich wszystkie trzy soczewki, wszystkie trzy umysły.

Tak bardzo się od nas różnią. Mają małe głowy, na dodatek każdy tylko jedną. Jeden mózg może tłumaczyć ich poziom skupienia. Zaledwie cztery kończyny, pozbawione błon. Tylko jedno serce. We krwi jest sól, ale w słabej postaci.

Atmosfera doprowadziłaby ich proteiny do agregacji, a ciało do wysuszenia, jako że brak mu osmoprotektantów czy innego mechanizmu zapobiegającego napływowi potasu do komórek. Noszą więc sztuczne płaszcze, oddychają przez sztuczne dzioby. Dziwaczne istoty nie z tego świata. To środowisko powinno ich unicestwić, ale znają technologie zdolne pokonać ich słabości oraz umożliwić pływanie w obcych wodach.

Jednak ich biologia nie stanowi największej różnicy między nami. Różnią się od nas ponieważ rywalizują. Dymorfizm płciowy doprowadził do powstania potrzeby współzawodnictwa. Biorą to, czego chcą.

My nie konkurujemy ze sobą. Nasze młode rodzą się w oceanicznej mieszaninie materiału genetycznego. Ten, kto zdecyduje się zostać matką, wybiera larwę i nosi ją w jamie gębowej. Jesteśmy całością.

– Patrz! – odzywa się Córka, wskazując na mnie podzieloną macką. – Jest taka śliczna.

Nie jestem śliczna.

 – Taka urocza.

Nie jestem urocza.

– Dziękuję, że mnie tu zabrałeś, Ojcze. Myślę, że nauczę się tutaj znacznie więcej niż podczas lekcji.

Liczę na to, córko złodzieja, jako że nie mogę się doczekać, aż nauczę cię pewnej rzeczy.

Córka obraca swoje dziwaczne, przegubowe ciało i pochyla się ku mnie. „Cześć!” – krzyczy pod moim adresem.

– Czy one nie potrafią mówić, Ojcze?

– Potrafią. Ale są nieśmiałe. A ich głosy bardzo ciche. Potrzebowalibyśmy wzmacniaczy, żeby je usłyszeć.

– Z wyjątkiem chwil, kiedy śpiewają?

– Zgadza się. – Ojciec kiwa jedyną głową. – Z wyjątkiem tych chwil.

– Czy możemy sprawić, żeby teraz zaśpiewały?

– Wpierw potrzebujemy soli – mówi Ojciec.

– No tak. Z Solnej Świątyni. Chodźmy. Chodźmy. Szybko, Ojcze. – Córka ciągnie go za mackę. W kilka chwil ich rozdwojone kończyny zanoszą ich do Wrót Świątyni.

– Nie ma tu żadnej straży, Ojcze. Skoro tak bardzo lubią sól, czemu nie wejdą do środka i same jej nie wezmą?

– Pamiętasz, jak o tym rozmawialiśmy? Są bardzo prostym ludem. Kiedy Starszy zarządził, że mają nas słuchać, dostosowały się. Całkowicie się podporządkowały. To doprawdy niesamowite. Ileż mógłbym dokonać z oddziałem równie posłusznych żołnierzy. Jednak – zauważa Ojciec, pukając się w jedyną głowę – nie są zdolne do niezależnego myślenia. Dlatego nigdy nie wyszły poza erę kamienia łupanego.

To całkowita nieprawda. Nasi myśliciele rozważali opcję metalu, wiele tysięcy sezonów temu. Ale przewidywane konsekwencje sprawiły, że Starszy zrezygnował z popłynięcia ścieżką, którą złodzieje nazwaliby postępem. W tej decyzji utwierdzał się każdy kolejny jego następca.

– Więc przykazaliśmy im nie wchodzić do Świątyni, a one usłuchały. I teraz żebrzą na zewnątrz? To dość smutne, Ojcze.

– Sól z tej budowli wykazuje silną koncentrację rzadkich pierwiastków. Jeszcze jej nie wydobyliśmy, z szacunku dla lokalnych wierzeń. Jednak możemy być do tego zmuszeni, jeśli konflikt z Pożeraczami nie ulegnie poprawie.

– Musimy zniszczyć wszystkich Pożeraczy – stwierdza Córka, kiwając jedyną głową. – Hej, spójrz, tam jest kolejna, pełznie w dół klifu.

Wszystkie soczewki poza moją obróciły się w stronę klifu. Skoncentrowałam trzy umysły na wyborze idealnej pieśni dla Córki.

– Poczekamy na nią, Ojcze?

– Jest zbyt wolna. Wejdźmy do środka.

– To musi być nowa żebrząca – mówi Scarlet. Tylko oni i złodzieje tu trafiają.

– To niezwykły dzień – odpowiadam jej. – Tygodnie mijają nam bez towarzystwa, a teraz w ciągu zaledwie jednego stopnia troje obcych odwiedza żebracze równiny.

– Nowa żebrząca – upiera się Scarlet. Jej myśli dryfują. Kolejna towarzyszka oznacza mniej jałmużny, bowiem zawsze się nią dzielimy.

Ale nowy członek oznacza nowe pieśni. A to bardzo dobrze. Gdy słucha się wciąż tych samych kilkudziesięciu pieśni, trochę dokucza samotność.

– Jestem ciekawa, z jakiej ławicy pochodzi – zastanawia się Scarlet.

Zerkam drugą soczewką na klif.

– To moje młode – oznajmiam. – Przybyło mnie odwiedzić. Nie żebrać.

– Twoje młode? – Skrzela Scarlet trzepoczą. Wiem, co sobie myśli. Mam młode, dlaczego więc żebrzę?

Scarlet przybyła na żebracze równiny, kiedy złodzieje odkryli żyłę rzadkiego pierwiastka pod jej rodzinnym domem, dokonując eksmisji całej ławicy z tamtych ziem. Jej młode zdecydowało się przekroczyć Wielkie Morze na północy w poszukiwaniu nowego domu.

– Błagała mnie, żebym z nią popłynęła – opowiadała mi. – Ale odmówiłam. Nie chciałam być ciężarem.

Złodzieje odbierają nam ziemie. W zamian ofiarowują nowe rzeczy. Przed ich przybyciem żadna matka nie stałaby się ciężarem dla młodego. Młode Scarlet nie przesyła trybutu. Założyła więc, że cierpi biedę.

Istnieją dwie inne możliwości: mogło zginąć w trakcie niebezpiecznej przeprawy albo też zapomniało o matce. Scarlet nie wspomniała o nich ani słowem, więc i ja milczałam. Choć bez wątpienia śpiewa o nich w otchłani myśli, w tej mrocznej przestrzeni, gdzie trzy umysły spotykają się u rdzenia.

– Musisz być szczęśliwa, że odwiedza cię młode – zauważa Scarlet.

Nie lubię, kiedy tu przychodzi. A ono nie lubi patrzeć, jak żebrzę.

– Tak, jestem – mówię do Scarlet. To najłatwiejsza odpowiedź.

Mogłabym jej powiedzieć, że moje młode zawsze płaci trybut, choć wcale tego nie potrzebuję. Albo że złodzieje pozwolili mi zachować farmę przodków. Że moje stawy solne liczą tysiące sztuk według ich miary i, choć wiele zostało wyczerpanych, uprawiam wciąż setkę aktywnych. Wracam do domu, do patchworku srebrzystego światła padającego na salinę, podczas gdy Gwiazda w pełni kondensuje solankę. Wracam do domu, do barwnej iluminacji archebakteryjnego rozkwitu, miriad cudownych wstęg słonej trawy, wyrastającej z brykietu staw za stawem.

Mogłabym powiedzieć Scarlet, że nie żebrzę z konieczności, tylko z wyboru. Lecz nie mówię nic. Pozna moją historię, kiedy będzie na to gotowa. Może i wszyscy jesteśmy żebrzącymi, ale prądy, które nas tu przyniosły, są różnorodne jak sam ocean.

Spoglądam na moje młode pełznące w dół klifu. Scarlet chyba wyczuwa mój niepokój, bo jest nadzwyczaj cicha.

Kiedy młode się zbliża, złodzieje właśnie wychodzą z Solnej Świątyni. Zaiste jest to dzień pełen przypadków i zbiegów okoliczności.

– Świątynia jest taka piękna – odzywa się Córka. – Rzeźbienia są niesamowite.

– Tak. Jest bardzo ładna.

Córka ma rację. Solna Świątynia jest naprawdę piękna. Wspominam. Przez tysiąc sezonów rzemieślnicy ryli nasze historie w soli. Świątynia zawiera w sobie dzieje początków oraz końca świata. Nie ma w niej rzeźbień przedstawiających złodziei. Zdecydowałam się wierzyć, iż oznacza to, że nie stanowią naszego końca.

Scarlet przysuwa się jeszcze bliżej. Choć żebrzę tylko dorywczo, jestem tu najstarsza. Czyniłam to przez wiele sezonów, mogę nauczyć innych wielu rzeczy, aczkolwiek moje młode posiada na ten temat odmienne zdanie.

– Możesz jedną wybrać – mówi Ojciec.

Córka kiwa się w przód i w tył.

– Ale czy będą śpiewać, Ojcze?

– Proszę. – Wyciąga ku niej dysk soli. – Zaśpiewają, jeśli dasz im to.

Moje młode podchodzi do złodziei.

– Czcigodny panie – przemawia do nich. Nosi sztuczny dziób dla wzmocnienia głosu. – Nazywam się Serrin – używa swojego złodziejskiej imienia – i mam zaszczyt należeć do pańskiego gospodarstwa.

– A więc jednak potrafią mówić – ekscytuje się Córka, klaszcząc w rozwidlone macki.

– Mówiłem ci, że potrafią – przypomina Ojciec. – Poczyniliśmy pewne postępy w cywilizowaniu ich gatunku. Starsze co prawda nie są się w stanie przystosować, ale zabraliśmy najlepsze oraz najinteligentniejsze osobniki, wychowując je na naszą modłę. – Odwraca się, by rzec do mojego młodego: – Serrin, tak? Wybrano cię, abyś odwiedziła świat ojczysty, zgadza się?

– Doznałam tego zaszczytu – pada odpowiedź.

Ojciec kiwa głową.

– A co cię tu sprowadza?

– Przybyłam popatrzeć na żebrzące, jak pan.

– Bardzo dobrze. Moją córka ma właśnie wybrać jedną z nich.

Córka podskakuje wzdłuż rzędu żebrzących, aż w końcu zatrzymuje się przede mną.

– Ta! – woła.

– Znakomicie. – Ojciec pochyla się, aby mi się przyjrzeć. – Dokonałaś dobrego wyboru. Sądzę, że to Jasnoramienna.

Nie tak brzmi moje imię.

– Jasnoramienna jest sławna – tłumaczy dalej. – To najlepsza z żebrzących śpiewaczek. Nie zdawałem sobie sprawy, że żebrze na tej równinie.

Czuję ukłucie w sercu, kiedy moje młode się do mnie nie przyznaje. Nie popiera tego, co robię. Chociaż już wyrosło i od kilku sezonów nie podejmowało tematu. Dostrzegam jego zawstydzenie w lekkim trzepocie skrzeli. Znam jego argumenty. Naszą relację uwypuklają wspomnienia tych racji.

Rzekłoby: – Żebranie uwłacza godności.

Odparłabym: – W ten sposób mogą usłyszeć naszą pieśń.

Rzekłoby na to: – Żebranie cię umniejsza. Nie musisz tego robić.

Odparłabym więc: – Tylko w ten sposób mnie usłyszą.

Wreszcie rzekłoby: – Kiedy dorosnę, znajdę inny sposób na odzyskanie naszych praw.

I dlatego właśnie moje młode zdecydowało się zostać częścią gospodarstwa złodzieja. Nosiłam je w jamie gębowej tyle sezonów, a wciąż go nie rozumiem. Chociaż obawiam się, w mrokach rdzenia, tego, co chce uczynić. Pragnie konfliktu. Nie pojmuję złodziei, nie pojmuję też mojego młodego.

Pojmuję za to Pieśń Soli.

Pozostałe żebrzące zamierają, kiedy rozprostowuję macki, napinając błonę. Prędkim ruchem wywracam je i zniżam ku ziemi, tak żeby błona utworzyła płaszcz wokół dolnej części mojego ciała, odsłaniając mięsiste kolce wewnętrznej membrany, odsłaniając jamę gębową.

Wybrałam pieśń. Pławi się wśród moich trzech umysłów.

Koncentruję się, dopóki nie napłynie krew, dostarczając rzadkich pierwiastków do kolców. Pierwiastki krystalizują się w zetknięciu z atmosferą i twardnieją, aż moja jama gębowa zostaje zwieńczona warstwą lśniących klejnotów. Śpiewam, przepychając powietrze przez zastawki gębowe, wprawiając kryształy w rezonans tworzący złożoną Pieśń Soli. To pradawna pieśń. Opowiada o pływaniu w Solnej Matrycy, w czasach, gdy sól stanowiła płynny ocean.

Śpiewam – śpiewam dla soli, dla tego, co moje, i co mi teraz ofiarowano. Żebrzę o me przyrodzone prawo.

Czynię to dla pamięci o tych, którzy odeszli, tych, których straciliśmy przez złodziei. Śpiewam ku pamięci moich trzech młodych.

Śpiewam Pieśń Soli w nadziei, że zostanie ona zrozumiana przez Córkę złodzieja oraz moje własne młode. Śpiewam, dopóki pieśń sama nie zamiera.

– To było niesamowite – mówi Córka. Przez jej sztuczny dziób dostrzegam słone łzy.

Z powrotem unoszę macki. Jestem zadowolona. Jestem niesamowita, nie zaledwie prymitywna. Jestem niesamowita, a jeśli ona dorośnie, zyskując pozycję w tym ich skonfliktowanym środowisku, być może wciąż będzie o tym pamiętać.

Obserwujemy jak wracają do swojej błystki.

Moje młode obraca się ku mnie.

– Przykro mi, że dowiedziałaś się o moim odlocie w ten sposób. To właśnie chciałam ci powiedzieć, przychodząc tu.

Spoglądam na dysk soli. Jest doskonały, ciężki, złożony. Zwalczam pokusę otarcia się o niego skórą. Wystarczy mi bezduszny chlorek sodu. Zwrócę mój przydział jałmużny do Świątyni.

– Słuchałaś pieśni? – pytam moje młode.

– Tak – odpowiada. – Była piękna, lecz nie moja. Ale jej wysłuchałam, tak jak i Córka złodzieja.

Muszę się tym zadowolić. Moje młode, które niebawem przekroczy ocean kosmicznej przestrzeni, odchodzi. My, żebrzące, czekamy aż błystka złodziei odleci, a potem ponownie śpiewamy Pieśni Soli.

 

Przełożył Antoni Kaja