Sen

Ocena: 
9.5
Average: 9.5 (2 votes)

Biegła. Księżyc oświetlał szeleszczącą trawę. Wiatr prowadził ją prosto na polanę pośrodku parku. Czuła, że już jest spóźniona. Czuła, że już na nią czeka. Czuła, że już się podnieca.

Do pokonania była jeszcze niewielka gromada brzóz. Krążyła pomiędzy białymi słupami. Gałęzie czepiały się włosów. Nic to. Bawiła się. Ekscytowała dążeniem do szczęścia. W końcu miała dość. Slalomem wybiegła z lasku. Nic jej nie przeszkodziło.

Nawet zamknięte oczy.

Zwolniła. Stąpała, delektując się źdźbłami pieszczącymi stopy. Wdech rześkiego powietrza przyprawił ją o uśmiech. Pośród zapachu traw, pośród goniącej ją woni brzóz i innych drzew otaczających polanę, poczuła kochanka.

Leżał na samym środku łączki, nasłuchując. Słyszał jej cichy śmiech, gdy buszowała w lasku. Słyszał jak ostrożnie posuwa się w miejsce, gdzie leżał. Słyszał jak oddycha. Wśród szelestu, wśród sennego poćwierkiwania ptaków, wśród nocy tylko jego oddech i jej podniecenie. Słyszał, bo widzieć nie mógł.

Słyszał, bo widzieć nie musiał.

Była już blisko, uklęknęła. On także wzniósł się na kolana. Zareagowała mimowolnym wydechem, gdy poczuła, że już jest nagi. Opletli się wzajemnie. Ich ruchy, jak każdej nocy, na początku były nieporadne, lecz czerwienie ust napotkały się. Niezdarność zginęła. Noc była dniem, a dnia nie było w ogóle. Była ona. Był on.

Były dwie pary zamkniętych oczu.

*

Leżeli ze stopami skierowanymi na wschód, na przerwę między drzewami, w miejsce pojawiania się słońca. Wtuleni w siebie, świadomi pędzącego czasu, płakali. Łzy żalu ściekały po policzkach by zmieszać się z rosą. Jeszcze chwila, a opuszczą park, wrócą do domów, tylko po to, żeby wstać i zapomnieć. Po to, żeby żyć, nie wiedząc o drugim. Po to, żeby kolejnej nocy położyć się znów. Zamknąć oczy. Po to, żeby znów się zakochać.

Niektórzy nigdy nie chcieliby się obudzić.

Jeszcze jeden! To już ostatni pocałunek! Za moment ona pójdzie w stronę brzóz. On w stronę słońca. Lecz może kiedyś, którejś nocy…

Któreś otworzy drugiemu oczy…?