Subiektywnie

Cień rycerza – Sebastien de Castell

Wielkie Płaszcze (próbują uratować świat i nie dać się zabić… do końca)

Anna Szumacher

Teoria pisania mówi: weź grupę bohaterów, wrzuć ich w sam środek problemu i patrz, jak próbują sobie z nim poradzić. Sebastien de Castell, autor serii książek o Wielkich Płaszczach, doskonale zna tę regułę. A jego bohaterowie: Falcio, Kest i Brasti w „Cieniu rycerza” mają tych problemów o wiele więcej (w porównaniu z pierwszym tomem swych przygód). I są to problemy o zdecydowanie większym kalibrze.

Krótkie wprowadzenie dla tych, którzy nie mieli w rękach „Ostrza zdrajcy”. Akcja tetralogii rozgrywa się w świecie fantasy przypominającym średniowieczną, niemagiczną Europę. Wydarzenia mają miejsce w Tristii, kraju rządzonym przez kilku skorumpowanych, intryganckich książąt. Celem ich życia jest dobicie podwładnych podatkami i samostanowionymi prawami. A jeśli przy okazji dokopią też arystokratycznemu sąsiadowi… Po takim właśnie kraju wędrują niedobitki Wielkich Płaszczy, pozostałości oddziałów króla Paelisa – zabitego pięć lat wcześniej przez knujących możnowładców. Wielkie Płaszcze, w tym nasi trzej główni bohaterowie: Falcio val Mond, Pierwszy Kantor i błyskotliwy szermierz, Kest, obecnie Święty od Mieczy i Brasti Goodbow, łajdak z dwoma siejącymi śmierć łukami, nie mają łatwo. Wszyscy nienawidzą ich jako zdrajców, a lista osób, organizacji i grup, które życzą im śmierci i próbują to życzenie spełnić, jest naprawdę długa.

Jedną nogą w niebie – Izabella Frączyk

Jedną nogą w niebie

Jagoda Wochlik

Izabella Frączyk rozpoczęła swoja karierę pisarską dziewięć lat temu, w 2009 roku. Od tamtej pory napisała już całkiem sporo książek – „Dziś jak kiedyś”, „Jak u siebie”, „Do trzech razy sztuka”. W 2017 roku, nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, ukazała się trylogia „Stajnia w Pieńkach”, której ostatnim tomem jest „Jedną nogą w niebie”. Zresztą po jej zakończeniu autorka bardzo zgrabnie przeskoczyła w kolejnej książce znad morza w góry, gdzie bohaterom, zamiast stadniny, kazała prowadzić kurort narciarski. Jak odświeżająco. Jak odmiennie.

Gdy ponownie spotykamy Magdę, wszystko w jej życiu układa się jak należy. Na dobre pozbyła się byłego męża, jego kochanicy i roszczeniowej, na szczęście byłej już, teściowej. Stadnina może i nie generuje wielkich dochodów, ale też nie przynosi strat. Magda poukładała sobie życie z Adamem, właścicielem sąsiedniego hotelu, więc tylko czekać, kiedy połączą biznesy. Słońce, ach wzeszło słońce.

Nic bardziej mylnego. Autorka bezlitośnie wrzuca swoją bohaterkę z jednych problemów w drugie. Jest wredny brat ukochanego, zapijaczeni stajenni i powódź, która wszystko niszczy. I kiedy się wydaje, że Magda stadninę sprzeda… ach, wychodzi słońce. Jak to dobrze, że ktoś zawsze może zachorować na nieuleczalnego raka i popełnić samobójstwo, prawda? A ktoś inny może znaleźć kupę pieniędzy, jakimś cudem ulokowaną wewnątrz porcelanowego spodka doniczki, wyrzuconej przez rzekę. Tak, a zakochany w Was właściciel hotelu zawsze będzie gotowy odkupić waszego chevroleta i podarować go wam w prezencie ślubnym. Bo przecież świat jest taki piękny i prosty. No ręce opadają.

Kaznodzieja Tom czwarty – Garth Ennis, Steve Dillon i inni

W poszukiwaniu drugiej szansy

Marcin Knyszyński

Jesse, Tulip i Cassidy nadal szukają Boga. Chcą mu zadać serię niewygodnych pytań. Czwarty tom „Kaznodziei” przynosi wyraźne przyspieszenie akcji oraz powrót groteskowego Herr Starra, nowego Wszechojca tajnej organizacji Graal. Bierzemy udział w największej i najbardziej spektakularnej zadymie jak do tej pory. A do tego (co stało się już regułą) otrzymujemy aż trzy historie specjalne, przybliżające nam ważne drugoplanowe postacie. Powoli, lecz nieodwołalnie, szykujemy się na finał.

Odcinki specjalne, podobnie jak miało to miejsce w trzecim tomie, rysowane są przez nowych twórców. Historię dwóch zabójczo niebezpiecznych rednecków z luizjańskich bagien, których znamy z pierwszego tomu „Kaznodziei”, ilustruje znany grafik – Carlos Ezquerra. Opowieść zupełnie nic nie wnosi do głównego wątku, jednak nie wyobrażam sobie, aby mogło jej zabraknąć. Ennis w rozbrajający sposób parodiuje kiczowate filmy akcji sprzed trzydziestu lat, robiąc z Jody’ego (prześladowcy rodziny małego Jessego) współczesnego Conana z blondyną owiniętą wokół uda.

Richard Case zabiera nas do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych – czasów garażowych brzmień prosto z Seattle, flanelowych koszul w kratę i buntowniczych tekstów Kurta Cobaina. Dowiadujemy się w jaki sposób Gębodupa – którego zostawiliśmy w momencie, gdy zaczął robić karierę w showbiznesie – zasłużył sobie na swój przydomek. Przygnębiający odcinek, w którym nie ma tak naprawdę pozytywnych postaci: ojciec, ultrakonserwatywny oszalały wojskowy, żywcem wyjęty z filmu „American Beauty”; matka-alkoholiczka udająca, że nie widzi przemocy wobec swojego dziecka i w końcu syn, całkowicie oderwany od rzeczywistości egocentryk z obsesją na punkcie własnej niedoli – kopia bohatera komiksu „Śmierć: Wysoka cena życia” Neila Gaimana.

Wszyscy powinniśmy być feministami – Chimamanda Ngozi Adichie

Wszyscy powinniśmy być feministami

Jagoda Wochlik

Chimamanda Ngozi Adichie jest uznaną pisarką, której twórczość była wielokrotnie nagradzana. Na polskim rynku wydawniczym pojawiły się wcześniej inne pozycje jej autorstwa: „Fioletowy hibiskus”, „Amerykaana”, „Połówka żółtego słońca”, „To coś na Twojej szyi”. Ostatnio, nakładem oficyny Zysk, ukazał się też esej, który wygłosiła podczas konferencji w Nigerii, „Wszyscy powinniśmy być feministami”. Wydawnictwo opracowało  bardzo sensowną kampanię promocyjną. Dostałam esej razem z materiałową torbą imitującą okładkę książki, zatem głoszącą wszem i wobec, że wszyscy powinniśmy być feministami oraz uprzejmym listem, w którym wydawnictwo określa się wyraźnie jako popierające ruch feministyczny. Brawo, odważny ruch w obecnych czasach w Polsce. To prawie jakby powiedzieć, że się popiera Czarny Protest lub małżeństwa jednopłciowe.

Chłopaki Tom 6: Instynkt przetrwania – Garth Ennis, Darick Robertson i inni

Sztuka dobrej kontynuacji

Marek Adamkiewicz

Od samego początku „Chłopaki” trzymają równy, wysoki poziom. Jednak w poprzednim tomie można było zauważyć pewną powtarzalność wykorzystywanych przez Ennisa motywów. Konfrontacje dowodzonej przez Billy’ego Rzeźnika grupy z zastępami superbohaterów zaczęły zmierzać powoli w stronę, która nie przynosi większych zaskoczeń. Jakkolwiek były to zaledwie lekkie symptomy stagnacji, bo całość „Herospazmu” nadal dawała masę dobrej zabawy, autorowi trzeba oddać, że dosyć szybko doszedł do podobnych wniosków, bowiem kolejny, szósty już tom serii, przyniósł nam kilka innowacji.

Działanie polującej na „supków” grupy powoli staje ością w gardle samym herosom i nadzorującej ich korporacji, która decyduje się postawić na jedyne logiczne rozwiązanie – przejście do zabójczego kontrataku. Zlecenie na głowy Hughie’go i reszty ekipy dostaje Odwet, drużyna, która bardzo chciałaby być tak popularna, jak Siódemka. Drogą do celu może być właśnie nowe zadanie, więc dowodzeni przez Swaściaka, prawdziwego nazistę z supermocami, herosi zrobią wszystko, by dorwać przeciwników. Problem polega na tym, że Chłopaki nie zamierzają się poddawać, a co za tym idzie – nieuchronnie nadciągająca potyczka ma duże szanse na to, by stać się legendą.

Tym, co odróżnia szósty tom „Chłopaków” od poprzednich, jest z pewnością odwrócenie schematu, w którym nasi bohaterowie polują na „supków”. Tym razem bowiem to Rzeźnik i spółka stali się obiektem brutalnego ataku i trzeba przyznać, że manewr wypadł naprawdę odświeżająco, ponieważ dobitnie pokazał, że akcja spotyka się jednak z reakcją. Dotychczas herosi prezentowani byli jako totalne dupki (bez obaw, nadal takowymi są), ale do tej pory nie za bardzo umieli odgryźć się tropiącej ich grupie, stanowiąc jedynie (mimo całego posiadanego arsenału supermocy!) zwierzynę łowną. Tym razem jest inaczej – widać, że Odwet naprawdę tego odwetu chce.

Silmarillion – J.R.R. Tolkien

Echa dawnych dni

Jagoda Wochlik

Niewątpliwie gdyby nie twórczość takich pisarzy jak John Ronald Reuel Tolkien, C.S. Lewis, Marion Zimmer Bradley czy Robert Howard, nie mielibyśmy dziś całego gatunku literackiego, który dla wielu czytelników jest właśnie tym najbardziej ukochanym – pełnym dzielnych wojowników, pięknych czarodziejek, rozmiłowanych w kruszcach krasnoludów. A nawet jeśli fantastyka zaistniałaby, to nie w takim kształcie, w jakim znamy ją obecnie.

Jednakże o ile o „Hobbicie” czy „Władcy Pierścieni”, czy to za sprawą samych książek, czy adaptacji Petera Jacksona, słyszały nawet osoby, które nie są fanami fantastyki, o tyle lekturą „Silmarillionu” może poszczycić się niewielu nawet spośród najbardziej wytrwałych miłośników gatunku. Bowiem jest on znany jako ta książka Tolkiena, w której tylko idą i idą, a poza tym niewiele się dzieje. Nigdy do tej pory nie zetknęłam się z tym dziełem twórcy Śródziemia. Jednakże gdy nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazało się wznowienie „Silmarillionu”, postanowiłam nadrobić to niedopatrzenie z dawnych lat.

Przyznaję się bez bicia, łatwo nie jest. Najpierw trzeba przebić się przez wstęp autorstwa syna Tolkiena, będącego redaktorem tomu, który wyjaśnia, dlaczego poszczególne części mogą się wydać dość nierówne i dlaczego zdecydował się na wybór właśnie tych, a nie innych opowieści, by utworzyły tom, nazwany przez niego „Silmarillionem”, wydany już po śmierci ojca. Potem trzeba przebrnąć przez list Tolkiena do jego wydawcy, w którym poniekąd streszcza fabułę „Silmarillionu” i „Władcy Pierścieni”, jednocześnie dając wykład o własnym poglądzie na sztukę. I wreszcie, po trzydziestu stronach, docieramy do właściwej treści książki.

Zabij albo zgiń Tom 2 – Ed Brubaker, Sean Phillips, Elizabeth Breitweiser

Podszepty zła

Marek Adamkiewicz

Eda Brubakera nie trzeba nikomu przedstawiać. Ten utalentowany scenarzysta pracował w swojej karierze dla obu największych wydawnictw zajmujących się superbohaterszczyzną, więc każdy, kto choć odrobinę orientuje się w komiksie amerykańskim, na pewno się o jego twórczość otarł. Od jakiegoś czasu tworzy dla firm nieco mniejszych, oferujących swoim autorom większą swobodę artystyczną. Takie podejście zaowocowało kilkoma błyskotliwymi seriami, a najnowszą spośród nich jest „Zabij albo zgiń”, tytuł wciąż wydawany w USA. U nas ukazuje się właśnie drugi tom zbiorczy, który, po znakomitej pierwszej odsłonie, był jedną z największych nadziei pierwszego kwartału komiksowego roku 2018.

Dylan zawarł pakt z demonem. Musi co miesiąc zabić jedną osobę, by zaspokoić głód piekielnego bytu. Wybór ofiar nie jest przypadkowy – to osoby, których śmierci nikt nie będzie żałował, ludzie krzywdzący i niszczący innych. Pojawia się jednak pewien problem – Dylanowi coraz trudniej jest operować w mieście, ponieważ lokalna policja wie już o jego morderczej działalności. Co prawda służby porządkowe wciąż nie mają nazwiska sprawcy, ale pętla się zaciska, a ulice  patrolowane są przez coraz liczniejsze siły, staje się więc coraz ciaśniejszym miejscem dla kogoś, kto musi kontynuować zabójczą misję.

Już w poprzednim tomie nękający Dylana demon był postacią, co do której prawdziwości nie mieliśmy pewności. Tym razem wątpliwości zostają pogłębione. Brubaker pokazuje wysłannika piekieł tylko w określonych okolicznościach – spośród bohaterów widzi go tylko nasz zamaskowany zabójca, nigdy też nie pojawia się, gdy w pobliżu jest ktoś inny. Czy to diabeł wyimaginowany? Argumentem przemawiającym za taką teza może być fakt, że Dylan zażywa leki, które mogą mieć wpływ na jego postrzeganie rzeczywistości. Jak jednak jest w istocie? Czy autor opisuje autentyczną piekielną interwencję, czy może jednak nasilającą się chorobę psychiczną? Tego nie można stwierdzić ze stuprocentową pewnością.

Upadłe anioły – Richard Morgan

Stukanie w monolit

Marcin Knyszyński

„Upadłe anioły” to powieść w kilku aspektach podobna do „Modyfikowanego węgla”. Obie są brutalnymi, spływającymi posoką, nieprzebierającymi w subtelnościach, trochę pulpowymi przedstawicielami science fiction, nieaspirującymi do miana literackiego objawienia. Richard Morgan zmienił jednak nieco środki wyrazu i sam pomysł na użycie fantastycznych akcesoriów. Druga powieść o Takeshim Kovacsu to już nie jest rasowy, gibsonowy cyberpunk w noirowych barwach. Tym razem dostajemy militarne SF, space operę z dynamiczną fabułą, nieoczekiwanymi zwrotami akcji, elementami grozy oraz gore.

Kovacs nie jest już detektywem do wynajęcia, lecz po prostu awanturnikiem i wojennym najemnikiem. Jedna jego cecha pozostaje niezmieniona – to twardziel zbudowany z metaforycznego diamentu – autor uczynił go wręcz nadczłowiekiem, który, tracąc krew z dziesięciu ran, potrafi jednocześnie otwierać piwo kością z otwartego złamania. Napędza go pragnienie śmierci i nieusuwalna trauma z przeszłości. Jako były Emisariusz musi żyć na tzw. pełnej petardzie, ponieważ jeśli tylko pozwoli sobie na chwilę zadumy, w jego głowie zwizualizują się potworne sceny masowych mordów, miliony spadających łusek po nabojach oraz widoki płonących miast. Kovacs każdego poranka czuje zapach dwudziestosześciowiecznego odpowiednika napalmu. Ten swąd przyprawia go o mdłości.

Chłopaki Tom 5: Herospazm – Garth Ennis, John McCrea, Keith Burns

Czas relaksu

Marek Adamkiewicz

Pierwsze cztery tomy „Chłopaków” udowodniły, że Garth Ennis wciąż ma „to coś”, dzięki czemu potrafi dać czytelnikom maksymalnie angażującą serię. W przypadku tego konkretnego tytułu receptą na sukces okazało się przedstawienie superbohaterów w innym świetle niż zazwyczaj, podlanie całości bardzo wulgarnym seksualnym sosem i łamanie kolejnych tematów tabu. Trudno jednak konsekwentnie trzymając się podobnej receptury, nigdy nie wpaść w lekki twórczy dołek. Dla Gartha Ennisa piąty tom omawianej serii jest właśnie taką delikatną obniżką formy.

W mniemaniu opinii publicznej superbohaterowie są zawsze niezwykle zapracowanymi personami. Nie dość, że wciąż mierzą się z zagrożeniem ze strony superzłoczyńców, to od czasu do czasu groza nadciąga z kosmosu, a wtedy cała Ziemia znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Podobnie dzieje się teraz, gdy grupa herosów musi zjednoczyć siły, by pokonać morderczych przybyszów z innego wszechświata. Taka jest przynajmniej wersja dla mediów, tymczasem w rzeczywistości wszystkie „supki” przygotowują się do corocznej imprezy, tak zwanego „Herospazmu”, podczas której planują oddawać się niczym nieskrępowanej rozpuście. Na tej edycji będą jednak także tytułowe Chłopaki, co oznacza jedno – nie dla wszystkich zabawa skończy się dobrze.

Przy okazji recenzji poprzednich tomów cyklu nieco narzekałem na fakt, że Garth Ennis za mało uwagi poświęca historii kolejnych członków grupy Rzeźnika. Tym razem zarzut ma jeszcze mocniejsze podstawy, ponieważ Chłopaki znajdują się ewidentnie na dalszym planie całej intrygi. Autor skupił się w znacznej mierze na ukazaniu wydarzeń rozgrywających się na orgiastycznej bibce herosów, naszych bohaterów stawiając w głębokim cieniu. Nie jest to wybór do końca udany, ponieważ całość została w znacznej mierze oparta na kolejnych scenach wyuzdanego seksu, co po pewnym czasie zaczyna nieco nużyć, tym bardziej, że twórcom ten element wcześniej wychodził lepiej i bardziej szokująco.

Anihilacja. Podbój. Tom 1 – Dan Abnett, Andy Lanning, Keith Giffen i inni

Ciężkie życie kosmicznych marvelitów

Maciej Rybicki

Niełatwy jest los mieszkańców marvelowskiego kosmosu. Serio. W kółko rozróby, awantury, wojny. A to Kree się tłuką ze Skrullami, a to ktoś próbuje zniszczyć imperium Shi’ar, innym razem wyjdzie na jaw kolejny ze spisków Thanosa… tylko po to, by do naszego (?) wszechświata wpadła ze Strefy Negatywnej Fala Anihilacji, siejąc zniszczenie i pożogę większą niż grupa dwulatków, której dano trzy pudełka plakatówek i piórkową miotełkę. Krótko mówiąc, przechlapane. Najlepszym przykładem może być choćby „Anihilacja”, czyli event, w którym praktycznie na pył rozniesione zostały największe gwiezdne imperia. Najwyraźniej jednak odpowiadający za kosmiczną część uniwersum Domu Pomysłów panowie Dan Abnett, Andy Lanning i Keith Giffen to patentowani sadyści (przynajmniej wobec bohaterów swych komiksów). Kurz nie zdołał bowiem porządnie opaść po tym, jak na herbatkę wpadł do nas ze swą armią Anihilus, a już dostajemy kolejny event o odpieraniu wszechgalaktycznego zagrożenia.

Strony