Subiektywnie

Historie podniebne – Jakub Małecki

Siedem wspaniałych

Marek Adamkiewicz

Mało który autor potrafi pisać w taki sposób, by opowiadając o sprawach zwyczajnych i błahych, pozostawić w czytelniku wrażenie, że oto właśnie przeczytał książkę, która coś znaczy i nie wywietrzeje mu z głowy po kilku dniach, tylko zostanie w niej na dłużej – skłoni do zastanowienia, lub po prostu sprawi, że poczuje się dobrze. Bo książki Kuby Małeckiego zostawiają ślady w duszy. A przynajmniej robią to z moją duszą. Na każdą kolejną powieść czekam z niecierpliwością, ciesząc się także skrawkami, porozrzucanymi tu i ówdzie opowiadaniami i innymi krótkimi formami. „Historie podniebne” to właśnie zestaw takich skrawków.

Najnowszy zbiór opowiadań Małeckiego to pięć tekstów do tej pory wydanych w różnych antologiach i czasopismach oraz dwa nowe, napisane specjalnie na tę okazję. Autor serwuje nam między innymi opowieść o relacji ojciec-dorosły syn, wzajemnych pretensjach i nieśmiałej próbie osiągnięcia przez nich porozumienia w kilku istotnych kwestiach. Poza tym znajdziemy tu też przejmujący dramat o samotności starego człowieka, poszukującego okruchów bliskości nawet w sytuacjach na pozór pozbawionych uczuć. Poznamy także skrawek innego świata, w którym ludzie próbują przeżyć w obliczu kontaktu z przerażającym nieznanym. A to nie wszystko...

Choć akcja wszystkich siedmiu opowiadań toczy się w różnych, najczęściej nieokreślonych miejscach (a czasami nawet w innej rzeczywistości), to wszystkie dotyczą ludzkiego życia, podejmowanych przez nas decyzji, przeżywanych emocji. Wzruszeń jest tu naprawdę dużo, ale dokładnie takiego rodzaju literatury mogliśmy się spodziewać, znając wcześniejsze książki Małeckiego. Taki stan rzeczy może albo nastroić nas optymistycznie i zwiększyć czerpaną z lektury przyjemność, albo wywołać pewne wątpliwości. Jakie?

Era supernowej – Cixin Liu

Testy wieszania niewiary

Marcin Knyszyński

Całkiem niedawno mieliśmy okazję przeczytać niezły „Piorun kulisty” Cixina Liu. Oszałamiające teorie nauk ścisłych urzeczywistniały się na kartach powieści i wywierały realny wpływ na życie dość płaskich, papierowych bohaterów. Fabuła taka sobie, można przyczepić się tego i owego, ale ogólnie bez większych zastrzeżeń. A teraz otrzymujemy kolejną powieść autora, napisaną jeszcze przed wspomnianym „Piorunem…” i entuzjastycznie przyjętą trylogią „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”. W odległości kilku lat świetlnych od naszej planety wybucha supernowa.

Promieniowanie pochodzące z niewyobrażalnej eksplozji dociera do Ziemi. W jego wyniku wszyscy ludzie powyżej trzynastego roku życia umrą w ciągu kilku miesięcy, może roku. Wszyscy – na planecie zostaną tylko dzieci. Trzeba zatem szybko przekazać im niezbędne kompetencje – począwszy od skomplikowanej wiedzy akademickiej, poprzez obsługę fabryk, elektrowni, środków transportu, na medycynie i opiece nad niemowlętami skończywszy. Dzieci muszą „dorosnąć” w kilka miesięcy, aby przejąć panowanie nad Ziemią i utrzymać się przy życiu. Ludzkość musi przetrwać. Maluchy są w oczach dorosłych najbardziej niewinnymi przedstawicielami naszego gatunku i chłoną wiedzę jak gąbki – co może pójść źle?

Criminal. Tom 1: Tchórz. Lawless – Ed Brubaker, Sean Phillips

W pułapce złych wyborów

Marek Adamkiewicz

Ed Brubaker i Sean Philips już niejednokrotnie udowadniali, że świetnie im się ze sobą współpracuje. Do tej pory mieliśmy okazję poznać kilka znakomitych tytułów ich autorstwa, a teraz na nasz rynek trafia w końcu seria, która chyba najbardziej rozsławiła ów twórczy tandem. Pierwszy tom „Criminal”, bo to o nim mowa, to wysokiej klasy kryminał, który mocno czerpie z nurtu noir i prezentuje dość pesymistyczną wizję świata. W otwarciu serii poznajemy oprychów i kanciarzy, zaludniających ciemne zakamarki fikcyjnego Center City.

Na cały tom składają się dwie osobne opowieści. „Tchórz” dotyczy na pozór zwykłego napadu na ciężarówkę przewożącą diamenty. Sęk w tym, że skok nie idzie po myśli zwerbowanego w ostatniej chwili Leo, który miał za zadanie obmyślić trasę ucieczki dla bandytów. Sprawy komplikują się na tyle, że Leo musi przyczaić się gdzieś na uboczu i przechować zgoła nieoczekiwane fanty. „Lawless” to z kolei historia traktująca o mężczyźnie próbującym rozwikłać zagadkę śmierci swojego brata. W tle także przewija się napad, a główny bohater, Tracy Lawless, próbuje dostać się w szeregi szajki planującej śmiały skok, zaś całą akcję wykorzystać do własnych celów.

Ed Brubaker korzysta z klisz, które w nurcie noir występują od dawien dawna. Czy można jednak uznać to za wadę? Te wydawałoby się ograne motywy są tu prezentowane w sposób twórczy, więc odpowiedź może być wyłącznie przecząca. Bo co z tego, że Amerykanin nie wymyśla prochu, skoro jak ryba w wodzie czuje się w opisywaniu kryminalnego półświatka? Warto w tym momencie wspomnieć, że otarł się o to środowisko w młodości, co pozwoliło mu zachować wiarygodność tych opowieści, w których przedstawia to otoczenie. „Criminal” jest tego doskonałym przykładem.

BBPO. Piekło na Ziemi. Tom 1 – Mike Mignola i inni

Potworni bogowie, boskie potwory

Marcin Knyszyński

Mike Mignola w 2010 roku oznajmił autorom „B.B.P.O”, że od sierpnia na okładce komiksu pojawi się podtytuł „Hell on Earth”. Chciał w ten sposób zaznaczyć nowe otwarcie w historii Biura Badań Paranormalnych i Obrony – żabie piekło kipiące pod ziemią objawiło się w końcu całemu światu. Koniec tajemnicy, mieszkańcy naszej planety już wiedzą, że nie są i nigdy nie byli tu sami. Współmieszkańcy wcale nie mają pokojowych zamiarów, a grupa naszych bohaterów ma coraz więcej problemów.

Wszystkie numery sprzed „Piekła na Ziemi” otrzymały po pewnym czasie podtytuł, który już dobrze znamy – „Plaga żab”. Nowe odcinki „B.B.P.O” bezpośrednio kontynuują wydarzenia „Plagi…”. Liz Sherman, która w tak spektakularny sposób zakończyła pewien etap nie tylko w życiu grupy, ale i wszystkich mieszkańców globu, nadal jest zaginiona. Biuro działa już teraz pod egidą ONZ, globalnie i w pełni jawnie – w końcu nikt nie może zaprzeczyć istnieniu gigantycznego potwora w niecce Salton Sea. Bohaterów czeka naprawdę trudne zadanie – wszystko wskazuje na to, że świat powoli i nieubłaganie zmierza ku apokalipsie.

Pierwszy tom nowej serii w ramach „B.B.P.O” to cztery krótsze niż zwykle, kilkuodcinkowe opowieści. Pierwsza, o jakże wymownym tytule „Nowy świat”, przywraca z niebytu jedną z najciekawszych postaci uniwersum – kapitana Daimio. Razem ze zmagającym się z własnymi demonami Abe’em Sapienem rozwiązuje on zagadkę tajemniczych zaginięć ludzi w Kolumbii Brytyjskiej. Tymczasem Kate Corrigan próbuje trzymać w ryzach całe Biuro, agent Devon oskarża Sapiena o to, że jest tajnym sprzymierzeńcem Żab (patrz: zaskakujący zwrot akcji z ostatniego tomu „Plagi Żab”), a starożytna mumia Panya nadal knuje jakiś swój tajemniczy i niepokojący plan.

Świat miniony – Tom Sweterlitsch

Bednarski też by tak chciał

Hubert Przybylski

Raz na jakiś czas nachodzi mnie, żeby przeczytać sobie książkę albo obejrzeć jakiś serial czy film z gatunku zwanego kryminałem*. I różnie się to kończy. Niekiedy nabieram chęci na więcej tego typu rozrywki, a czasami tracę wiarę w potęgę ludzkiego rozumu** i kryminały przestają dla mnie istnieć na miesiące i lata. Co prawda już się nauczyłem, że dobry serial kryminalny nie może mieć więcej niż osiem czy dziesięć odcinków, a w kwestii filmów ostatnimi czasy najmniej obrażają mój wątły intelekt kryminały hiszpańskojęzyczne, ale jeśli chodzi o książki, wciąż jestem w punkcie wyjścia. Czy lektura najnowszej powieści Toma Sweterlitscha, „Świat miniony”, coś w tej materii zmieniła? O tym za chwilę.

Gdyż albowiem najsampierw wspomnieć wypada, o czym traktuje ów „Świat miniony”. A jest to historia okropnej zbrodni i śledztwa prowadzonego przez agentkę NCIS***, Shannon Moss, która wykorzystuje, między innymi, podróże w przyszłość. Żeby nie było za nudno – przestępstwo jest powiązane z przeszłością naszej bohaterki i zaginięciem okrętu kosmicznego, a ludzkość staje na krawędzi nieuchronnej zagłady. Normalnie zdrowo jak się nie obrócić, tak schaby z tyłu.

Neonomicon – Alan Moore, Jacen Burrows

W paszczy szaleństwa

Marek Adamkiewicz

Z twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta jest tak, że albo się ją wielbi, albo się jej nie znosi. Amerykanin pisał w bardzo specyficzny sposób, stawiając na niedopowiedzenia, używając ogromnej liczby przymiotników określających przeżywane przez bohaterów okropieństwa i prawie całkowicie ignorując dialogi. Wymyślona przez niego mitologia do dzisiaj porusza wyobraźnię fanów, a Cthulhu i reszta Wielkich Przedwiecznych weszli na stałe do kanonu popkultury. Nic dziwnego, że po tę fascynującą tematykę sięgają także inni autorzy. Jednym z nich jest Alan Moore, a spotkanie twórcy epokowych „Strażników” z niezwykłym światem oślizgłych koszmarów musiało przynieść coś ciekawego.

Aldo Sax, agent FBI, prowadzi śledztwo w sprawie morderstw, które sprawiają wrażenie mordów rytualnych. Ofiarom odcinane są ręce, morderca okalecza też ich ciała. Trop prowadzi do klubu Zothique. Jego właściciel, niejaki Johnny Carcosa prawdopodobnie zna odpowiedzi na dręczące federalnego pytania. Jednak próby odkrycia prawdy mogą zaprowadzić Saxa na skraj szaleństwa. Jakiś czas później w sprawę próbuje się zagłębić kolejnych dwoje agentów. Praca pod przykrywką okazuje się jednak wyjątkowo niebezpieczna.

Mity Cthulhu to dość trudny materiał wyjściowy. Niełatwo napisać coś w stylu, który będzie do twórczości Lovecrafta odpowiednio nawiązywał, ale nie będzie jej bezczelnie kopiował. W kontekście takich wymagań wydaje się, że Alan Moore jest idealnym twórcą do zmierzenia się z tą tematyką, a to głównie z tego względu, że Czarownik z Northampton potrafi wywrócić dany gatunek do góry nogami i zaprezentować w jego ramach coś świeżego. Czy tak właśnie stało się z „Neonomiconem”? Na pewno nie tak, jak w przypadku kilku wcześniejszych tytułów autorstwa Anglika, ale znajdziemy tu namiastkę tego wizjonerstwa.

X-O Manowar. Tom 1: Żołnierz – Matt Kindt, Tomas Giorgello, Diego Rodriguez

Nie chcę, ale muszę

Maciej Rybicki

Wydawnictwo Valiant nie należy może do komiksowych gigantów, jednak w historii branży zapisało, a w zasadzie nadal zapisuje, całkiem interesującą kartę. Stąd też cieszy fakt wprowadzenia jego szerszej oferty na polski rynek przez KBOOM (pomińmy tu milczeniem nieszczęsną historię z wydawnictwem Fantasmagorie). Muszę przyznać, że początek mają nadzwyczaj udany – „Waleczni” to efektowne wprowadzenie do uniwersum, a stanowiący ich bezpośrednie rozwinięcie „Bloodshot” również zbiera całkiem niezłe recenzje. Czas zatem przyszedł na najbardziej znany tytuł Valianta, czyli „X-O Manowar”.

Gdyby spojrzeć tylko na nazwiska twórców postaci Arica z Dacji (bo tak nazywa się główny bohater tego tytułu), to już one same robią wrażenie: Jim Shooter, Steve Engelhart, Bob Layton i Barry Windsor-Smith w swoim czasie stanowili elitę ze stajni Marvela. Tyle tylko, że na fali komiksowego boomu przełomu lat 80. i 90. postanowili stworzyć coś nowego. Zamiast łączyć siły z młodymi gniewnymi byłymi marvelowcami tworzącymi wydawnictwo Image (czyli m.in. Toddem McFarlane’em, Jimem Lee, Erikiem Larsenem i Robem Liefeldem) zebrali się pod szyldem Valiant Comics (które de facto było powstałą kilka lat wstecz inicjatywą Shootera, swoistym odreagowaniem po nieudanej próbie wykupu Marvela). Valiant kusił czytelników nie tylko uznanymi nazwiskami, ale też ciekawym pomysłem na linię wydawniczą, w której poszczególne tytuły byłyby ze sobą powiązane mocniej niż w jakiejkolwiek innej oficynie. Sztandarowym tytułem była zaś właśnie pierwsza inkarnacja „X-O Manowar”, serii o Aricu z Dacji – wizygockim wojowniku, który wskutek splotu okoliczności zostaje obdarzony świadomą zbroją X-O Manowar. I choć zarówno samo wydawnictwo, jak i tytuł wiele przeszły na przestrzeni ostatnich 25+ lat, to przygody Arica wciąż cieszą się sporą popularnością.

Krew Świętego – Sebastien de Castell

Nadchodzą Wielkie Płaszcze

Anna Szumacher

Falcio val Mond ma pod górkę. To już trzeci tom, w którym ma ostro pod górkę, a towarzyszący mu przyjaciele wcale nie mają lżej. Przetrwali śmierć swojego króla, morderczą psychopatkę próbującą przejąć władzę w Tristii, piekielną wiedźmę, zakon skrytobójców, tortury, bunt rycerstwa i kilka innych, równie nieprzyjemnych rzeczy, ale wciąż łudzą się, że teraz  będzie łatwiej. Nie no, żartuję, wiedzą, że mają przechlapane.

„Teraz” Falcio, Kest i Brasti wciąż próbują jakoś naprawić królestwo i osadzić na tronie prawowitą władczynię, której nikt, łącznie z nimi, nie traktuje poważnie. Problem polega na tym, że do dotychczasowych kłopotów dochodzi sporo nowych: ktoś zaczyna mordować świętych, do gry wkracza Inkwizycja i w sumie nie wiadomo, czy nie będzie trzeba stanąć do walki z bogami. Ot, kolejny wtorek w życiu Wielkich Płaszczy.

Trzy z czterech tomów to już moment, w którym można oceniać nie pojedynczą powieść, ale całą serię w oczekiwaniu na wielki finał. Bo – jak słusznie się domyślacie – oczekiwanie jest wskazane. Czasami trafiamy na książki, które trącają w naszym sercu właściwą strunę. Perypetie Wielkich Płaszczy nie należą do książek 10/10, nie zawierają ważnych i aktualnych tematów, nie przejdą do kanonu klasyków fantasy – ale są obecnie jedyną serią, na którą czekam z wypiekami na twarzy. Która porusza mnie do głębi, bo przejmuję się losami postaci. Ponieważ wchodzę do tych książek całą sobą.

Trudno jednoznacznie określić, dlaczego „Krew Świętego” i poprzednie tomy są dobre. To jeden z tych cykli, w których zwyczajnie wszystko klika i wskakuje na właściwe miejsce. Mamy mroczny i intrygujący świat, wciągającą fabułę, humor tam, gdzie jest wskazany i zwroty akcji tam, gdzie się ich nie spodziewamy. A nawet jeśli się spodziewamy, to nie w tym kierunku, w którym ostatecznie idą. Mamy też coś, co jest największą siłą kolejnych książek Sebastiena de Castella: trójkę świetnych, różnorodnych bohaterów pierwszoplanowych.

Green Arrow. Tom 5: Konstelacja strachu – Benjamin Percy, Juan Ferreyra, Otto Schmidt i inni

Zatoczyć koło i zejść ze sceny

Marek Adamkiewicz

Dzięki „Odrodzeniu” zaczęły ukazywać się tytuły, jakich jeszcze kilka lat temu można było ze świecą szukać na naszym komiksowym rynku. „Nastoletni tytani”, „Nightwing” czy właśnie „Green Arrow” stały się symbolem ekspansji Egmontu na terytorium superbohaterszczyzny i potwierdzeniem niewidzianego u nas nigdy wydawniczego dobrobytu. To co dobre, musi się jednak kiedyś skończyć. Nie wiadomo jakimi względami kierowało się wydawnictwo przy decyzji o anulowaniu cyklu (choć można domniemywać, że chodzi o wyniki sprzedaży), nie wiadomo też czy jest to zapowiedź nieco gorszych czasów dla fanów trykotów (oby nie), ale ten ostatni tytuł właśnie znika ze sceny, a tom numer pięć jest, przynajmniej na pewien czas, pożegnaniem ze Szmaragdowym Łucznikiem.

Po wydarzeniach zaprezentowanych w poprzednim albumie Oliver Queen musi ratować własną reputację. Wrobiony w morderstwo, niesłusznie oskarżony i publicznie napiętnowany, postanawia opuścić Star City, czyli dawne Seattle i wyruszyć w podróż po USA. Jego celem jest zebranie sił przed ostateczną konfrontacją z Dziewiątym Kręgiem a także pozyskanie ewentualnych sojuszników. Na życie Olliego czyhają jednak nie tylko demoniczni bankierzy, będzie musiał mieć oczy dookoła głowy, bo zagrożenie może nadejść z najmniej oczekiwanej strony.

Po „Konstelacji strachu” widać, że Egmont chciał dosyć szybko zamknąć serię i skoncentrować się na innych, zapewne popularniejszych tytułach – album ma bowiem podwójną objętość i zawiera oryginalne wydania tomów numer cztery i pięć. Wydać i przejść dalej? Tak to wygląda, ale przynajmniej dostajemy podwójną dawkę superbohaterskiego dobra. To jednak nie komiks dla przypadkowych fanów, ponieważ opowieść, którą snuje Benjamin Percy, nie jest autonomiczna i nie można w nią dobrze wejść bez znajomości poprzednich części. To kontynuacja niedawnych perypetii Olivera Queena i reszty jego ekipy, która spina te wszystkie wydania wielką fabularną klamrą.

Templariusze na wojnie 1120 – 1312 – Paul Hill

I bez Pana Samochodzika?

Hubert Przybylski

Świadomie nawiązałem do głównego bohatera najbardziej znanego cyklu powieści Zbigniewa Nienackiego*, gdyż naszą wiedzę o templariuszach czerpiemy przeważnie z popkultury**. Ostatnimi czasy boom na templariuszy wydawał się być ździebko zagłuszony przez wikingomanię i nawet serial telewizyjny tego nie naprawił***. Ale fakt, że w kulturze masowej rycerze Zakonu Świątyni leżą pokonani, nie oznacza, że to samo dzieje się w sferze nauki. Najlepszy tego dowód to książka „Templariusze na wojnie 1120 – 1312” Paula Hilla, którą Wam, najdrożsi moi Szortalowicze, za chwilę omówię.

Ale najpierw należałoby wyjaśnić czytelnikom z wykształceniem gimnazjalnym, kim byli templariusze. W bardzo wielkim skrócie: to założony w okolicach 1119 roku zbrojny Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, którego głównym „celem statutowym” była obrona pielgrzymów na terenie Ziemi Świętej. Jego członkowie, bracia rycerze i bracia serwienci, zasłynęli dzięki niezwykłej odwadze, religijności, bardzo wysokiemu poziomowi wyszkolenia wojskowego i surowej dyscyplinie****. Stanowili niepoślednią siłę, elitarną, pancerną pięść niemal każdej chrześcijańskiej***** armii, a swoją postawą na polu walki sprawiali, że bali się ich wszyscy. Kres ich istnienia nastąpił niedługo po upadku Jerozolimy i państw Outremer (frankijskie państewka pozakładane na Bliskim Wschodzie na fali krucjat) wskutek knowań francuskiego króla, który był im winien ogromne sumy pieniędzy. Po ich upadku przez stulecia jeszcze krążyły legendy o gigantycznych, pochowanych po kątach skarbach, posiadaniu Arki Przymierza czy uwikłaniu w czarną magię, co znalazło ujście w kulturze masowej drugiej połowy XX wieku.

Strony